Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Rogue Audio M-180

38-43 09 2013 01Rouge Audio to amerykańska manufaktura, specjalizująca się w… doprowadzaniu do spazmów chińskich producentów wzmacniaczy lampowych. Wszystkie jej urządzenia są projektowane i budowane w Stanach z podzespołów wysokiej jakości, a ich ceny detaliczne niewiele odbiegają od poziomów proponowanych przez wytwórnie z Kraju Środka.

Rouge nie funkcjonuje według popularnego obecnie modelu biznesowego, zgodnie z którym projekt ma europejskie czy amerykańskie korzenie, ale realny kształt zyskuje w jednej z tysięcy fabryk nad Żółtą Rzeką. Kierujący firmą Mark O’Brien nie spuszcza swoich wzmacniaczy z oka i, zamiast oszczędzać na sile roboczej czy podatkach, stawia na wysoką jakość za przystępną cenę.


Stwierdzenie, że Rouge Audio to piękny przykład powrotu do korzeni przemysłu hi-fi, nie jest ani wzniosłe, ani przesadzone. Jest prawdziwe. Podobnie jak w latach 70. minionego stulecia garażowe manufaktury z okolic Cambridge dokładały wszelkich starań, by przekonać do siebie nabywców znakomitą relacją jakości do ceny, tak teraz ich filozofię kontynuuje amerykańskie Rouge Audio. Sprzęt nie błyszczy ozdobami; jest prosty, ale zbudowany zgodnie ze sztuką i bez nieuzasadnionych oszczędności. Niektóre modele, jak choćby recenzowany w „HFiM 4/2013” Cronus Magnum, wyglądają spartańsko, inne – jak szczytowe monobloki Apollo – po prostu skromnie, ale nigdy nie natkniemy się na przykłady cięcia kosztów tam, gdzie mogłoby się to negatywnie odbić na brzmieniu. Co ciekawe, niskie ceny nie obniżają funkcjonalności. Wzmacniacze Rouge Audio mają wszystko, czego melomanowi potrzeba, a nierzadko więcej. Widać to było wyraźnie w Cronusie, w którym obok włącznika i regulatora głośności, w zupełności wystarczających w jego niewiarygodnej cenie, dostaliśmy wyjście słuchawkowe, wyjście do podłączenia subwoofera, a nawet przedwzmacniacz korekcyjny dla gramofonu. W recenzowanych dziś monoblokach M-180 aż tyle upakować się nie da, ale i tak pozostają one funkcjonalne i – trzeba to przyznać z radością – całkiem atrakcyjne wizualnie.

M-150 a M-180
M-180 to mocniejsza odmiana modelu M-150. Obie wersje różnią się zastosowanymi lampami mocy, ale nie tylko. W M-180, zamiast kwartetu tetrod strumieniowych KT88, montuje się ich turbodoładowaną wersję KT120. Dodatkowo otrzymujemy o połowę wydajniejszy zasilacz, lepsze kondensatory sprzęgające i filtrujące, wyższej klasy oporniki i lampy małosygnałowe oraz złącza i okablowanie Cardasa. Różnica w cenie między obu fabrycznie skonfigurowanymi modelami wynosi w Polsce 5000 zł. Przewidziano także możliwość późniejszego upgrade’u M-150, ale to kosztowna impreza. W USA trzeba zapłacić 1500 dolarów – u nas na pewno więcej, ze względu na wyższy koszt transportu i obsługę celną.
M-180 zajmują wysoką pozycję w firmowej hierarchii. Nad nimi są już tylko wspomniane monobloki Apollo i stereofoniczna końcówka mocy Zeus, na której układzie zresztą bazują. Można do nich dodać pasujący wzorniczo przedwzmacniacz Ninety Nine albo… co tylko nam się spodoba.

Impedancja wejściowa 200 kΩ i czułość 1 V dla pełnej mocy pozwalają wypróbować dowolną kombinację.

 

38-43 09 2013 05     38-43 09 2013 06

Monoblok
Rouge Audio M-180 to wzmacniacz monofoniczny, dysponujący mocą 180 W. Osobom, które nie są jeszcze obeznane z terminologią hi-fi wyjaśniam, że określenie „monofoniczny” nie oznacza, że układ został zaprojektowany do odtwarzania dźwięku mono, ale że jest to połowa stereofonicznej końcówki mocy, umieszczona w osobnej obudowie. Żeby uzyskać dźwięk stereo, trzeba dodać drugą połowę, czyli drugi monoblok. Rozdzielenie stereofonicznej końcówki na dwa wzmacniacze ma mocne podstawy teoretyczne. Oba kanały są od siebie fizycznie oddzielone, co zmniejsza przesłuchy i powinno się przełożyć na poprawę definicji źródeł pozornych, lepszy bas i dynamikę oraz ogólną klarowność przekazu. Ponadto do wyłącznej dyspozycji jednego kanału pozostaje cały zasilacz, więc nie zachodzi zjawisko modulowania dźwięku jednego kanału przez drugi. Teoretycznie impulsy z monobloków będą wyraźniejsze, a bas zyska większą swobodę w porównaniu z porównywalną końcówką stereo. Wzmacniacze mono mają też wady, głównie praktyczne. Wymagają dokupienia drugiego przewodu zasilającego i zazwyczaj potrzebują dodatkowej półki na stoliku. Audiofile doceniają jednak postęp, jaki wnoszą do brzmienia systemu i przymykają oko na te niedogodności.

38-43 09 2013 02     38-43 09 2013 07

Budowa
M-180 to wydajny wzmacniacz o przemyślanej konstrukcji. Obudowę z grubych blach stalowych zdobi gruby panel szczotkowanego aluminium. Dostępna jest tylko jedna wersja kolorystyczna – czarna ze srebrnym frontem. W jego centrum znajduje się duży włącznik zasilania, pracujący gładko i pewnie. Otacza go czarne koło, stanowiące jedynie element graficzny. O tym, że wzmacniacz jest włączony, informuje niebieska dioda, zaś o tym, z produktem jakiej firmy mamy do czynienia – wyfrezowany napis na samym dole.
Nie przewidziano funkcji zdalnego włączania ani transmisji komendy włącz/wyłącz złączem systemowym. Jak za dawnych czasów, żeby uruchomić wzmacniacz, należy do niego podejść i nacisnąć włącznik mechaniczny.
Duża stalowa pokrywa zamyka zasilacz i transformator wyjściowy. Za nią znalazły się lampy: wejściowa 12AX7, dwie sterujące 12AU7 (wszystkie produkcji JJ Electronics) i wreszcie cztery Tung-Sole KT120, pracujące w dwóch push-pullowych parach. Taka konfiguracja pozwala wzmocnić sygnał w postaci zbalansowanej. Nie dziwi więc obecność wejścia XLR na tylnej ściance.
Obok niego znalazło się porządne, izolowane teflonem RCA firmowane przez Cardasa. U tego samego producenta Mark O’Brien zaopatrzył się w terminale wyjściowe, które przyjmują widełki i wtyki bananowe. Ich solidność nie budzi zastrzeżeń, ale mogłyby być szerzej rozstawione albo mieć osłony z tworzywa sztucznego. Przy instalacji widełek należy zachować ostrożność, żeby nie spowodować przypadkowego zwarcia. Akurat lampie chwilowe zetknięcie końcówek śmiertelnie nie zagraża, ale po co się stresować?
Istotne udogodnienie w porównaniu ze zintegrowanym Cronusem Magnum stanowią dwa zewnętrzne odczepy – dla kolumn 4- i 8-omowych. Cronus miał jedynie parę gniazd, a zmiana impedancji była możliwa tylko po rozkręceniu obudowy i przełożeniu kabli we wnętrzu. Z M-180 unikamy tego typu atrakcji. Niezależnie od tego, czy posiadamy kolumny 4- czy 8-omowe, możemy wykorzystać pełną moc wzmacniacza. Z odczepu 8-omowego pobierane jest sprzężenie zwrotne.
Wyposażenie uzupełnia gniazdo IEC oraz łatwo dostępny bezpiecznik 5 A/250 V. W standardzie otrzymujemy również wyginaną z drutu klatkę, osłaniającą zestaw lamp. Oznaczenie modelu i numer umieszczono na… przyklejonej w rogu karteczce. Identyczną obudowę Rouge wykorzystuje do monobloków M-150, ale skoro koszty kosmetyczne mają być trzymane w ryzach, to nie ma się czemu dziwić.

Co w środku
Widok wnętrza ostatecznie przekonuje, że pieniądze zostały wydane tam, gdzie miały szansę wpłynąć na brzmienie. M-180 wyposażono w dwa ogromniaste transformatory E-I, z których większy to wyjściowy. Ich jakość nie budzi cienia zastrzeżeń. Wykonano je z cienkich blach, mocno skręcono i umieszczono na platformach, elastycznie izolowanych od właściwej obudowy. Dzięki temu ewentualne drgania traf nie zakłócą pracy reszty układu – zostaną wytłumione w podkładkach. Aby uniknąć wzajemnego wpływu pól magnetycznych, transformatory ustawiono pod kątem 90 stopni. Można szacować, że zasilający ma moc około 400 W. Wyprowadzono z niego napięcia dla całego układu, m.in. dwa uzwojenia symetryczne (2 x 430 W do siatki drugiej i 2 x 540 W do napięcia anodowego). W filtrze anodowym pracują cztery kondensatory 1200 μF/350 V. Zasilanie żarzenia jest prostowane osobno dużym mostkiem i filtrowane przez dwa kondensatory 39000 μF/16 V. Tuż za przednią ścianką zainstalowano dwa dodatkowe kondensatory, które nie zmieściły się na płytce. Prawdopodobnie obsługują filtrowanie napięć dla siatek drugich.
Zgodnie z przewidywaniami, wzmacniacz ma konstrukcję zbalansowaną. Na wejściu zastosowano transformator firmy Jensen, symetryzujący sygnały z wejścia RCA. Za nim znajduje się podwójna trioda wejściowa JJ ECC803. Następnie sygnał trafia do dwóch podwójnych triod sterujących ECC82, również produkowanych przez JJ-a. Pomiędzy nimi a tetrodami mocy KT120 umieszczono wysokiej jakości kondensatory sprzęgające Mundorf Supreme 0,47 μF (2 %). Do każdego z nich dołączono jeszcze po jednym szerokopasmowym kondensatorze z folii mylarowej, co może wskazywać, że układ był dopracowywany brzmieniowo. Każda lampa mocy jest chroniona bezpiecznikiem anodowym 250 mA i ma osobny system manualnej regulacji prądu spoczynkowego. Pomyślano też o elektronicznym układzie, który z opóźnieniem załącza napięcie anodowe. Zapobiega on emisji elektronów przez zimną katodę, a w konsekwencji przedłuża żywotność lamp.
Podstawki pod lampy to wysokiej klasy ceramiczne elementy ze złoconymi kontaktami. Oporniki również są bardzo dobre - 1 %, metalizowane. Laminat jest dość cienki, ale dzięki podparciu w wielu punktach nie ugina się pod naciskiem.

38-43 09 2013 03     38-43 09 2013 04

Ultralinear/trioda
M-180 wyposażono w przełącznik trybu pracy: ultralinear/triode. Różnią się mocą i charakterem brzmienia. Ultralinear ma więcej pary, ponieważ wzmacniacz osiąga w nim nominalne 180 W. „Trioda” – dzięki niższej oporności wewnętrznej (katoda zwarta z siatką drugą poprzez opornik) – powinna dawać dźwięk słodszy i bardziej namacalny, ale będzie się to odbywać kosztem niższej mocy. Jednak i w tym przypadku będziemy mieli do dyspozycji więcej niż przyzwoite 90 W.
Mimo że producent w instrukcji obsługi nie zgłasza zastrzeżeń co do przełączania trybu pracy „w locie”, lepiej tego unikać. Nawet jeżeli zmianom nie towarzyszą niepokojące impulsy w głośnikach, lampy są narażone na silne udary skracające ich żywotność. Efekt może być zbliżony do tego, który ma miejsce w przypadku uruchamiania wzmacniacza bez układu opóźnionego załączania. Jest to zjawisko niekorzystne i prowadzi do przedwczesnego zużycia lamp, a w konsekwencji – generuje koszty związane z ich przyspieszoną wymianą. Poprawnie użytkowana i wyregulowana KT120 powinna pracować 4-5 lat. Jeśli jednak będziemy ją niepotrzebnie narażać na udary, jej żywotność może ulec drastycznemu skróceniu.
Przy okazji warto podpowiedzieć, jak w prosty sposób poznać, że lampa niedługo będzie wymagać wymiany. KT120 mają od góry napylone dwa pierścienie geteru. To gruba warstwa, zapewniająca ponadprzeciętną długowieczność, ponieważ geter wyłapuje szczątkowe ilości gazów pojawiających się wewnątrz bańki i utrzymuje próżnię. Jeżeli patrząc na lampę od góry, w zaciemnionym pokoju, zauważymy żarzącą się katodę, będzie to znak, że geter już się zużył i lampę należy wymienić. Nie trzeba kupować od razu kwartetu. Jeżeli reszta lamp jest w dobrym stanie, wystarczy zastąpić nową jedynie tę zużytą.

Kalibracja
Po wymianie lampy, należy wyregulować prąd spoczynkowy. Procedura jest identyczna, jak w przypadku Cronusa Magnum, a więc prosta i nie wymagająca specjalistycznej wiedzy ani narzędzi. Każdy monoblok ma wbudowany analogowy multimetr. W wyposażeniu dostajemy śrubokręt. Żeby skalibrować lampę, wystarczy odkręcić cztery śruby mocujące metalową płytkę w tylnej części obudowy i skorzystać ze znajdujących się pod nią przełączników i potencjometrów. Chcąc ustawić prąd dla danej lampy, przestawiamy odpowiadający jej przełącznik, a następnie kręcimy potencjometrem, aż uzyskamy zalecaną wartość około 40 mA. Kiedy się to stanie, przestawiamy przełącznik do pozycji wyjściowej i przechodzimy do kolejnej lampy. Na końcu sprawdzamy, czy któraś z wcześniej ustawionych nie odpłynęła i ewentualnie korygujemy ustawienie.
Nie ma w tym żadnej filozofii ani wiedzy tajemnej. Poradzi sobie każdy, nawet jeśli nigdy wcześniej nie miał do czynienia ze szklanymi bańkami. Ważne jedynie, żeby kalibrację przeprowadzać na dobrze rozgrzanym wzmacniaczu – pół godziny grania wystarczy – oraz żeby w trakcie procedury do urządzenia nie płynął sygnał, a głośność była skręcona na zero. Jeżeli spełnimy te dwa warunki, pomiar będzie wiarygodny i wszystko pójdzie jak z płatka.

Reklama

Konfiguracja systemu
M-180 dysponuje mocą wystarczającą do wysterowania większości zestawów głośnikowych. Kłopot może mieć dopiero z wyjątkowo trudnymi i prądożernymi, ale 180 W z lampy to moc, której w znakomitej większości przypadków będzie aż nadto. Dość powiedzieć, że kolumny Avalon Transcendent, do których producent zaleca piece dysponujące nawet 500 watami, nie stawiały monoblokom najmniejszego oporu.
M-180 są kompatybilne i uniwersalne brzmieniowo. Nie trzeba do nich szukać ponadprzeciętnie efektywnych albo specyficznie grających głośników. Można je łączyć z monitorem albo podłogówką. Dużym i małym, byle był dobry.
To samo dotyczy źródła. Powinno być jak najlepsze, a to oznacza, że nawet bardzo drogie nie będzie przesadą. W teście M-180 grały z Audio Researchem Reference CD9 i Soulution 540. Były najtańszym elementem toru, ale bynajmniej nie wywoływało to dyskomfortu. Sygnał ze źródła trafiał do przedwzmacniacza Spectral DMC30. Zasilanie filtrował Gigawatt PC4 Evo, a dostarczały kable Gigawatt LS-1 MkII, Synergistic Hologram A oraz Shunyata Anaconda Z-Tron. Łączówki to Van den Hul The Platinum Hybrid oraz Audio Note Sotto, a głośnikowe: Tara Labs RS1. Sprzęt stał na stolikach Sound Art STO MkII i Sroka. Kondycjoner, z braku miejsca, wylądował na podłodze. System grał w pomieszczeniu o powierzchni 16,5 m², delikatnie zaadaptowanym akustycznie.

Wrażenia odsłuchowe
Na taki dźwięk ma się ochotę na co dzień i od święta. Zrównoważony, nieprzesadzony, dobrze zbudowany. Początkowo trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo 20-30 minut rozgrzewki uniknąć się nie da, ale po tym czasie można wygodnie usiąść w fotelu i zacząć się cieszyć muzyką. Przez pół godziny barwa się wypełnia, a szczegóły harmonijnie wtapiają w strukturę. Ten wzmacniacz gra nawet lepiej, niż można by się spodziewać po cenie i teraz możemy się o tym przekonać.
Dźwięk Rogue Audio jest z jednej strony łagodny i ułożony; z drugiej – przejrzysty i detaliczny. Do tego stopnia, że bez problemu wychwycimy różnice między źródłami czy kablami. Wzmacniacz jest wystarczająco transparentny, by się sprawdzić w audiofilskich testach, ale też wystarczająco muzykalny, by sprawić przyjemność całościową prezentacją nagrań. Wszystko zależy od naszego nastawienia i aktualnego zapotrzebowania.
Należy także docenić równowagę tonalną, czystość średnicy i bardzo dobrze rozciągnięte skrajne zakresy. M-180 są do szpiku kości lampowe, a jednak ze swoją lampowością się nie obnoszą. W ślepym teście prawdopodobnie bez większego trudu rozpoznałbym, że sygnał wzmacniają szklane bańki, ale o identyfikacji przesądziłyby ich zalety, a nie ograniczenia. Naturalność głosów i instrumentów to jeden z podstawowych atutów techniki próżniowej i Rouge Audio potrafi ten atut wykorzystać. Jednocześnie nie obciąża brzmienia błędami, takimi jak mniejsza przejrzystość, odfiltrowanie wysokich tonów czy ospały, jednostajny bas. Jego dźwięk jest w dobrym sensie nowoczesny, choć udało się uniknąć przesadnej analityczności. Charakter Rouge’a umieściłbym gdzieś pomiędzy Octave V-70SE a VTL-ami MB-185 Series II. Octave w pierwszym kontakcie jest nadmiernie analityczne; chciałoby się powiedzieć: tranzystorowe, i dopiero poskromione dobrze dobranym systemem pozwala dojść do głosu swej lampowej naturze. VTL z kolei to fantastyczna jazda bez trzymanki. Lampę słychać tu z odległości mili, ale jest to lampa, która porywa słuchacza i maluje przed nim namacalny i barwny świat. Rouge jest mniej nasączony, mniej wilgotny w średnicy, czym ustępuje dwukrotnie droższym VTL-om. Ale jest też bogatszy i bardziej eufoniczny od Octave. Oczywiście, można mieć apetyt na jeszcze głębszą średnicę, nawet za cenę ocieplenia, ale w swojej cenie M-180 oferują bardzo wiele. To już nawet nie jest kompromis, bo w kompromisie zawsze godzimy się na jakieś ograniczenia. Tutaj nie ma o nich mowy i za 26700 zł dostajemy tyle dobrego, za ile zapłaciliśmy i jeszcze trochę gratis. A że obiektywnie można lepiej? Zawsze można.
Dźwięk M-180 jest zdrowy i wolny od dziwactw. Oszczędzono nam przesadnego ocieplenia i stłumienia wysokich tonów. Nawet jeśli średnica korzysta z delikatnego uprzywilejowania, to jest ono subtelne i sprzyja długim odsłuchom. Środkowy zakres płynnie przechodzi w górę. Otwartą i nakreśloną bez nieśmiałości. Rouge na pewno nie jest rozjaśniony, ale też nie przyciemnia przekazu. Temu graniu zdecydowanie daleko do lampowego stereotypu. Uderzenia w perkusyjne blachy są wyraźne i mają tyle energii i agresji, ile trzeba. Wzmacniacz stroni zarówno od ich podkreślania, jak i ugrzeczniania. Tak się jakoś dzieje, że na dobrej lampie (i najwyższej klasy tranzystorze) nawet ostrość i szorstkość nam się podobają i wpływają na uwiarygodnienie brzmienia. Słusznie, bo im więcej niezniekształconych informacji o muzyce, tym lepiej dla prawdziwości przekazu. W przypadku M-180 na jego brak nie można narzekać. Słychać dużo cichych impulsów i pogłosów. Jeżeli tylko realizator się postarał i zapisał materiał obfity w niuanse, na pewno to usłyszymy.
Bez wątpienia popisali się Walter Quintus i Romain Frydman, rejestrujący na żywo koncert tria Renaud Garcii Fonsa. Tylko trzy instrumenty, w tym nietypowy, wykonywany na zamówienie, pięciostrunowy kontrabas, a na ścieżce dźwiękowej aż się roi od informacji. Szarpnięcia strun, ich gwałtowne stłumienia i uderzenia o gryf generują krótkie basowe impulsy, otoczone falami wysokotonowego planktonu, wzbudzanymi uderzeniami strun o drewno. Im więcej drobnych zdarzeń i im dokładniej przekazana energia, tym większą mamy radość z odbioru muzyki. Rouge potrafi wywołać uśmiech na twarzy. Uderzyć mocno, a za chwilę wyhamować ruch membran i płynnie przenieść uwagę słuchacza na subtelności. Później znów niespodziewany impuls, cisza i solo gitary flamenco. „Arcoluz” to świetna płyta i M-180 potrafią to pokazać. Przestrzeń powinna być żelaznym punktem na liście zalet monobloków. W przypadku Rouge Audio jest. Wzmacniacz umożliwił kolumnom Avalona zniknięcie z pomieszczenia i wypełnił miejsce precyzyjnie definiowanym, dość dużym dźwiękiem. W wymiarach instrumentów nie było przesady, ale też w dużych składach symfonicznych i chóralnych nie odczuwało się ciasnoty. Wzmacniacz nie tracił kontroli nad gęstą fakturą nawet w kulminacjach, dzięki czemu przestrzeń pozostawała czytelna i dokładnie poukładana.
Celowo wśród zalet amerykańskich monobloków nie wymieniam wysokiej mocy i zdolności osiągania wysokich natężeń dźwięku. Nie ma przecież sensu pisać o tym, że 180 W z lampy to dużo i że wzmacniacz potrafi grać głośno. Ważniejsze, że nie trzeba energicznie odkręcać potencjometru w przedwzmacniaczu, żeby poczuć potęgę brzmienia i oparcie na pewnie prowadzonym basie. W Rouge Audio moc po prostu jest. Tak jak w ośmiocylindrowej V-ósemce amerykańskiego muscle cara. Rozwijana równomiernie i gwarantująca nieprzeciętne wrażenia nawet jeżeli akurat wykorzystujemy tylko jej niewielką część. Już kiedy słuchamy cicho, czujemy swobodę i gotowość do oddania potężnego impulsu. Jeżeli taki się pojawi, jest wyraźniejszy niż zwykle. Wzmacniacz nie uśrednia kontrastów; raczej szuka okazji do ich podkreślenia. A że kiedy trzeba, potrafi przyłożyć? Spróbowałby nie.
Porównanie trybu triodowego i ultraliniowego każdy niech przeprowadzi sam i wybierze ten, który bardziej pasuje do jego upodobań i kolumn. Mnie bardziej podobał się ultraliniowy. Trioda grała bardziej słodko w średnicy, ale nie była tak bezpośrednia jak tetroda. Poza tym, 180 watów to jest coś…

Konkluzja
Brzmienie co najmniej tak dobre, jak sugeruje cena. Wysoka moc to tylko jeden z atutów M-180 i wcale nie najważniejszy.

38-43 09 2013 T

Autor: Jacek Kłos
Konsultacja techniczna: Andrzej Marków
Źródło: HFiM 09/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF