Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Audio Research VS115

88-92 01 2010 01Audio Research to absolutny klasyk lampowego wzmacniania. Na łamach „HFiM” przyglądamy się tej firmie w logicznej kolejności: zaczynając od źródła (CD5), poprzez przedwzmacniacz (LS26), by teraz dojść do wzmacniacza mocy.

Tamte stanowiły dopiero przedsmak dzisiejszych emocji. Nie ulega bowiem wątpliwości, że właśnie końcówki stanowią największą dumę amerykańskiego producenta.


Wystarczy rzut oka na ceny. Obecnie w ofercie znajduje się tylko jedna integra, VSi60, która wraz z końcówką VS60 zamyka skromną grupę wzmacniaczy poniżej 20 tysięcy zł. Powyżej znajdziemy jedną końcówkę tranzystorową, następnie testowane właśnie urządzenie, końcówkę hybrydową, a na samym szczycie – końcówkę Reference 110 za 43 tysiące zł. Jednak dla ARC, podobnie jak dla innych graczy hi-endu dopiero teraz rozpoczyna się prawdziwa zabawa. Wkraczamy bowiem w świat monobloków. Dostępne są dwa modele, a jeśli przyszłaby nam ochota na komplecik flagowy (77 kg sztuka), to musielibyśmy się pogodzić z wydatkiem rzędu 170 tys. zł.

Budowa
VS115 to następca modelu VS110. W stosunku do poprzednika wprowadzono kilka zmian. Zmieniono producenta lamp mocy i rodzaj lamp sterujących (oraz dodano jedną sztukę). Moc wzrosła o 20 W/kanał, a na tylnym panelu zamontowano gniazda XLR. Te szczegóły mogą sugerować, że zmiana symbolu nie była wynikiem małego liftingu, lecz gruntownego przeprojektowania.
Przy wyjmowaniu urządzenia z pudła należy bardzo uważać, gdyż rozkład mas w 28-kilogramowej bryle jest nierównomierny. Być może dlatego producent podparł tył obudowy nietypowo, bo aż trzema elastomerowymi nóżkami (z przodu są jeszcze dwie). Nie mogę się jednak powstrzymać od komentarza, że jakość stópek w urządzeniu za blisko 30 tys. zł mogłaby być wyższa.
Obudowa jest płaska i głęboka – z przodu lampy, z tyłu trafa. Pod względem wzornictwa ARC niczym specjalnym się nie wyróżnia spośród innych urządzeń tego typu. Może poza szeregiem ośmiu elektrolitycznych kondensatorów Nichicona (po 470 μF każdy), wystających tuż przy tylnej krawędzi.
Obudowę wykonano w całości z grubych płyt anodowanego na czarno aluminium. Tylko szczotkowany panel górny jest srebrny.
Na zamówienie dostępna jest klatka osłaniającą lampy. Jest jednak mały szkopuł – taka przyjemność kosztuje 2463 zł. Przeglądając w Internecie recenzje produktów ARC, natrafiłem na dwa rodzaje komentarzy. Jedni mówią, że miłośnicy próżniowego czaru nie po to kupują lampy, żeby je potem zasłaniać. Inni natomiast sugerują, że producenci zza oceanu powinni się liczyć z normami rynku europejskiego i nie zmuszać klienta, aby o taką klatkę prosił ani tym bardziej za nią płacił. Nawet Ken Kessler, testując tę końcówkę („HiFi News” z ubiegłego roku) dosadnie stwierdził, że osłona „powinna być dołączana za darmo i kropka”. To pod rozwagę działu marketingu ARC.
Montując lampy (na czas transportu znajdują się w piankowej osłonie) użytkownik musi zwrócić uwagę na oznaczenia. Na każdej widać opisany flamastrem symbol parowania, odpowiadający oznaczeniom na górnym panelu. Każdej parze lamp mocy przyporządkowano otwór umożliwiający regulację prądu spoczynkowego za pomocą śrubokręta. Właściwe ustawienie kontrolujemy za pośrednictwem umieszczonych z tyłu gniazd diagnostycznych.

88-92 01 2010 02

Z przodu znajduje się włącznik sieciowy, a o gotowości do pracy informuje zielona dioda. Jeżeli posiadamy przedwzmacniacz ARC, to za pośrednictwem 12-woltowego wyzwalacza możemy włączać oba urządzenia firmowym pilotem. Po każdym uruchomieniu zalecana jest godzinna rozgrzewka, zanim przystąpimy do krytycznego odsłuchu.
Terminale głośnikowe mają zatkane otwory na wtyczki bananowe. Nie chcąc ryzykować uszkodzenia gniazd (zwykłe próby wyjęcia nie dały rezultatu), w odsłuchu korzystałem z widełek. Jeśli preamp podłączamy kablem RCA, to w gniazda XLR należy włożyć zaślepki. Nietypowym elementem tylnej ścianki jest 20-amperowe gniazdo zasilające, do którego nie włożymy sieciówki ze zwykłym wtykiem.
Trudno przecenić znaczenie, jakie dla świata hi-endu miał koniec zimnej wojny. Wystarczy spojrzeć na lampy w amerykańskich wzmacniaczach – to często towar prosto z Rosji. W testowanej końcówce pochodzi stamtąd cały komplet. Składa się on z czterech 6N30 Sovteka oraz ośmiu popularnych lamp mocy 6550 dostarczonych przez Svetlanę „C” (jest jeszcze Svetlana „S”, nie należy ich mylić). 6550 (odpowiednik KT88) to konstrukcja 5-elektrodowa, ale pracuje jako tetroda strumieniowa. Natomiast spopularyzowana przez BAT-a 6N30 to podrasowana wersja podwójnej triody 6922 (nie są jednak kompatybilne). Czas pracy lamp, po jakim należy zacząć myśleć o ich wymianie, producent szacuje na 2 tysiące godzin.

88-92 01 2010 04     88-92 01 2010 05

Oględziny środka przynoszą małą niespodziankę: bufor wejściowy oparto na tranzystorach J-FET. Dopiero w stopniu sterującym zaczyna się układ lampowy; taki jest również stopień wyjściowy. Mamy zatem do czynienia z nietypową hybrydą, choć producent tak jej nie nazywa. Mianem hybrydy określił jedynie końcówkę HD220, gdzie cały stopień wyjściowy zbudowano w technice półprzewodnikowej. Jeżeli bylibyśmy rzeczywiście dociekliwi, to z czystej oferty lampowej w katalogu ARC niewiele by zostało. Tranzystory znajdują się na przykład także w preampie LS26, a nawet w końcówce Reference 110. Myślę jednak, że akurat w tym przypadku nie warto się spierać o pryncypia. Lwia część układu to lampy.
Widok od spodu zaskakuje ilością kabli. Wprawdzie konstrukcje lampowe często tak mają, ale tutaj główny układ rozlokowano na płytce drukowanej. Nie zapominajmy jednak, że znacząca część tego okablowania rozprowadza zasilanie oraz łączy lampy z gniazdami diagnostycznymi. Na płytce znajdują się grube ścieżki połączeniowe oraz m.in. wysokiej jakości polipropylenowe kondensatory Rel-Capa oraz Wimy.
ARC użył transformatorów rdzeniowych. Zasilający jest pośrodku, po bokach widać dopasowujące. Za nimi rząd elektrolitów, umieszczonych na osobnej płytce.
Zauważmy, że firma nie szuka rozwiązań w świecie mocy rzędu kilkunastu watów wyżebranych z układu SET. Tutaj mamy do czynienia z konstrukcjami push-pullowymi, pracującymi w klasie AB1, gdzie moc jest porównywalna ze specyfikacjami układów solid-state. Deklarowane przez ARC 120 W/kanał zapowiada duże emocje.

88-92 01 2010 03     88-92 01 2010 06

Wrażenia odsłuchowe
Końcówka ARC zagrała z dwoma przedwzmacniaczami: BAT-em VK3iX SE oraz ARC LS26. Resztę toru tworzyły odtwarzacz Naim 5X z zewnętrznym zasilaczem Flatcap 2X oraz monitory Dynaudio Contour 1.3 mkII. Do porównań przydały się dwie końcówki z niższej półki: Conrad-Johnson MF2250 oraz Usher R-1.5. Obie tranzystorowe, chociaż ta pierwsza oferująca brzmienie o wspaniałej muzykalności.
Końcówkę ARC testowałem tuż po odsłuchu KR Audio Kronzilli, reprezentującej lampowy hard core (zarównow wyglądzie, jak i brzmieniu). To ciekawe doświadczenie uwydatniło istnienie dwóch wyrazistych frakcji w Partii Zagorzałych Lampowców. Kronzilla to kwintesencja lampowych cech brzmienia, podniesionych do n-tej potęgi. Natomiast VS115, choć nie stara się na siłę zamaskować swego technologicznego rodowodu, prezentuje zdecydowanie bardziej neutralny profil dźwiękowy. Owszem, otrzymamy dostojny bas, barwną średnicę, spokojną górę oraz delikatną poświatę rozmarzenia. Ale to wszystko bez zasadniczego odstępstwa od neutralności. Lampową płynność dopełniają starannie dopracowane proporcje pasma akustycznego. Nie doszukamy się rozgrzanych do czerwoności barw i lepkiej średnicy. W przypadku lamp SET zdarza się, że za cenę słodyczy i romantyzmu tolerujemy maślany bas, okrojoną górę albo zbitą scenę. Tutaj takiego niebezpieczeństwa po prostu nie ma.
W brzmieniu lamp zastrzeżenia zwykle budzi dynamika. ARC nie łamie barier prawdopodobieństwa. Brzmienie od samego początku emanuje spokojem. Po dłuższym odsłuchu stwierdzamy jednak, że dostępny w każdej chwili zapas mocy tworzy solidną podstawę harmoniczną, a dźwięk, kiedy trzeba, charakteryzuje się potęgą i rozmachem.
Bas jest zaskakująco konkretny, z delikatnym zmiękczeniem tylko na samym dole. VS115 potrafi zróżnicować niskie tony. Nie są to jednostajne pomruki; ARC sugestywnie rozdziela kilka warstw o różnym stopniu sprężystości. Pewien kompromis dostrzeżemy dopiero w mikrodynamice. Ostre szarpnięcia strun, atak uderzeń w kotły czy tempo wygaszania pogłosu nie należą do priorytetów tego urządzenia. To jednak nie spowolnienie, a raczej efekt bezstresowości i luzu, który dodaje brzmieniu powabu i zalotności.
Moc, potęga i rozmach – to elementy, którymi VS115 dysponuje w każdej chwili, choć ich nie nadużywa. Gdy nagranie tego wymaga, potrafi z zaangażowaniem oddać gitarowe klimaty Lenny’ego Kravitza czy eksperymenty Davida Bowie. Nie będę się jednak silił na wmówienie komukolwiek, że VS115 to urządzenie w stu procentach uniwersalne. Po kilku płytach sami dojdziemy do wniosku, że pewne preferencje repertuarowe kupujemy z dobrodziejstwem inwentarza.
Ja pierwszego zawrotu głowy doznałem, słuchając składanki hitów Dave’a Grusina. W pamięci zachowałem ją, często słuchaną w czasach testowania budżetówki, jako esencję syntezatorowego konkretu, którą niejeden tranzystor potrafił dokładnie wyczyścić z emocji. I okazało się, że ten sposób realizacji jest wprost stworzony dla lampy. Dopiero teraz pojawia się magia i audiofilskie czary. Subtelne zmiękczenie konturów, wypełnienie środka, zwinnie się poruszająca masa dźwięku – wszystko to nadaje nagraniu muzykalności, której trudno się oprzeć.
Drugą płytą, przy której odleciałem, okazało się „Carmelite Vespers” Haendla (Andrew Parrott, Taverner Choir & Players). To może nie jest aż tak niezwykłe, bo trudno mi sobie wyobrazić śmiertelnika odpornego na pierwsze sześć minut „Dixit Dominus”. Te fragmenty zawierają siłę zdolną nawrócić na klasykę nawet najbardziej zatwardziałych fanów rocka (wiem, co mówię, widziałem to już dwa razy). Mało tego, Emma Kirkby swoim hipnotyzującym sopranem mnie osobiście potrafiłaby wmówić wszystko, nawet to, że jestem klęcznikiem. To prawdziwa uczta duchowa, a końcówka ARC idealnie pasuje to tych uniesień.
Po dawce emocji wyższego rzędu postanowiłem sprawdzić wokale w muzyce rozrywkowej. Zacząłem od Sade, której chyba wszystkim nagraniom przydałoby się nieco więcej szlifu. VS115 wykonał tę robotę za realizatorów. Niedociągnięcia mistrzów konsolety złagodził, a głos wokalistki nabrał dzięki niemu dodatkowej urody. Nie jest go wcale więcej niż w wielu innych systemach, ale mimo to przykuwa uwagę z niezwykłą siłą. Dostarcza estetycznego komfortu, a jego płynność scala wszystkie elementy obrazu muzycznego w jednolitą, podporządkowaną wątkowi wiodącemu całość.
Nagrania Cassandry Wilson to także dobry materiał testowy. Nie kwestionując jakości realizacji jej płyt, odnoszę często wrażenie, że realizatorzy świadomie igrali z ogniem. Analitycznie i dynamicznie zestrojony system łatwo wpadnie w pułapkę przerysowanych sybilantów, a wolną przestrzeń wokół instrumentów odczyta jako suchość; szczególnie w górnym zakresie średnicy. Do Cassandry trzeba umieć podejść. ARC zrobił to doskonale. Głoski syczące zostały wygładzone. Zamiast wiwisekcji sopranów otrzymujemy ich aksamitny połysk i swingującą płynność. Górna połowa pasma została potraktowana bezpiecznie. Jedni odczytają to jako wadę – szczególnie, gdy lubią wyrazisty rysunek pozamuzycznych szczegółów. Melomani natomiast będą zachwyceni. I wcale im się nie dziwię.
ARC rysuje efektowną scenę. Rozciągnięcie na boki jest bardzo dobre, a zamiast milimetrowej precyzji lokalizacji wzmacniacz stawia na ogólny porządek i wyraźny rozkład planów. Jest to możliwe dzięki zdolności generowania przejrzystej głębi.
Wydaje mi się, że przepustką do świata hi-endu nie jest ani cena, ani wyśrubowana jakość poszczególnych elementów brzmienia, lecz sposób zestrojenia całości. Dzięki dekadom doświadczeń Audio Research wypuszcza na rynek niemal same pewniaki. Zbudował własną filozofię brzmienia i zdobył wierne grono wielbicieli. Gdybym miał wolne trzy dychy, też bym się zapisał do klubu.

Reklama

Konkluzja
VS115 to produkt skierowany do słuchaczy o sprecyzowanym guście. Do tych, którzy lubią lampy, ale ani im w głowie rezygnować dla nich z podstawowych atrybutów neutralności. Taki lampowy złoty środek.
Gdyby Arystoteles był audiofilem, kupowałby ARC.

88-92 01 2010 T

Autor: Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 01/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF