Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Trenner & Friedl Pharoah

IMG 1213Wielu producentów stara się dorobić wyszukaną ideologię do przeciętnego produktu. Słyszymy o cudach na pograniczu magii albo kosmicznej technologii, a widzimy niczym niewyróżniające się skrzynki i pudełka.



Peter Trenner i Andreas Friedl podchodzą do tego inaczej: posługują się hasłami tak wyświechtanymi, że aż mdli przy cytowaniu: „nasze kolumny są najlepsze”, „brzmią lepiej niż droższa konkurencja” i tak dalej w radosnym tonie katalogu dla niezbyt rozgarniętych.
Natomiast same kolumny przyciągają wzrok. Są inne. Na tyle, że nawet wśród kilkunastu par w sklepie zwrócą na siebie uwagę.

 

Ta odmienność to głównie zasługa proporcji. Dodajmy: „złotych proporcji”, czyli przepisu na kolumnę głośnikową sprzed kilkudziesięciu lat. T&F to szerokie, za to dość płytkie skrzynie, czyli odwrotność współczesnych, smukłych postumentów, które rozstawione w pokoju mają znikać z oczu. Te kolumny wyglądają wręcz przytłaczająco i jeżeli macie skorzystać z usług dekoratora wnętrz, z pewnością będzie chciał wybić Wam je z głowy.
Faraony zdominują wizualnie nawet duży telewizor. W dodatku są dość archaiczne wzorniczo.
Pewnie nieprzypadkowo, bo w dźwięku również można uchwycić nawiązanie do złotej epoki stereo. Zapewne dlatego zachwycają się nimi recenzenci znani z retro ciągot. Niektórzy wręcz wyręczają panów T. i F. w marketingu, uznając kolumny za „najlepsze na świecie” lub „jakie kiedykolwiek słyszeli”. Nie wypada się śmiać tym razem, bo są to osoby znane w branży, z dużym doświadczeniem.
„Masy optycznej” ciężkim skrzyniom dodają dwie dechy, zamontowane po bokach. Pełnią funkcję podstawy. Być może udałoby się ten akcent wykonać bardziej finezyjnie, ale ma to swoją zaletę. Kolumny są bardzo stabilne i dziecko w wieku przedszkolnym musiałoby się zalać potem, by je przewrócić.

PHAROAH-Woofers-HR

Membranę powleka się kilkoma
warstwami oleju, aż zyska błysk.




Budowa
Do testu dotarła wersja ekskluzywna, wykończona lakierem na wysoki połysk. Taka atrakcja kosztuje dodatkowo 13000 zł (słownie: trzynaście tysięcy), co w porównaniu z ceną podstawową wydaje się absurdem. Nazwijmy rzeczy po imieniu: nie wiem, jaki to musiałby być lakier i ile osób go szlifowało, by dopłacać za niego blisko 1/3 wartości produktu, który sam jest przecież drogi. Do cen kolumn jesteśmy już przyzwyczajeni i raczej niewiele jest nas w stanie zaskoczyć, ale takiej fanaberii nie usprawiedliwia nawet patriotyzm firmy. Właściciele nie dali się przekonać księgowemu, żeby przenieść produkcję na Daleki Wschód, ponieważ wychodzą z założenia, że najlepszej robocizny należy szukać na własnym podwórku – w Austrii. A że będzie drogo? Nieważne, ma być dobrze.
Wracając do lakieru: nie mam zastrzeżeń do jego jakości czy staranności położenia. Nie podoba mi się jednak błyszcząca powierzchnia, bo nadaje kolumnom wygląd meblościanki z gabinetu dyrektora PGR-u. Na szczęście, są wersje w naturalnych fornirach, ładniejsze i tańsze.
Obudowę zrobiono z grubej sklejki. To mocniejszy materiał od MDF-u i nie wymaga dodatkowych ożebrowań. Na froncie widać okrągłą maskownicę, co sugeruje przetwornik współosiowy, ale pod spodem kryją się dwa osobne drivery. Maskownic się nie zdejmuje; stanowią jednolitą płaszczyznę z przednią ścianką. Jeżeli jednak ktoś się uprze, zostanie ukarany. Zobaczy byle jak położoną czarną farbę. Nierówna powierzchnia i pofałdowana faktura dowodzą, że głośniki mają pozostać zakryte, bo nie wierzę, aby firma pozwoliła sobie na taką wpadkę. Tym bardziej, że – nawet pomijając ten fakt – kolumny wyglądają z osłoną o wiele lepiej.

 

IMG 1233
Może to nie biżuteria,
ale za to wygoda.




Głośnik nisko-średniotonowy pochodzi od Seasa. Ma 20 cm i papierową membranę, modyfikowaną w fabryce T&F. Powleka się ją tam kilkoma warstwami oleju balsamicznego, ponoć takiego samego, jak używany przy budowie instrumentów. Każda warstwa jest suszona, po czym nakłada się następną, do momentu, aż powierzchnia stożka nabierze błysku.


 

PHAROAH-glossy-detail-HR

Maskownice zdjąć trudno. Zresztą,
z nimi kolumny wyglądają lepiej.





Energia promieniowana do tyłu nie jest wytracana. Membrana współpracuje z dwoma kanałami, będącymi połączeniem bas-refleksu i tuby, znajdującymi dwa ujścia w podstawie. Podnosi to skuteczność i, jak zapewnia producent, daje większą swobodę przy ustawianiu.
Kolumny można ponoć dosunąć do tylnej ściany nawet na 10 cm. Mają też być niewrażliwe na zagracone pokoje, ale importer radził poeksperymentować z pozycjami skrzynek, bo można w ten sposób otworzyć większą przestrzeń i dodać dźwiękowi detaliczności.
Calowa tytanowa kopułka także współpracuje z tubą, zaprojektowaną i wykonaną w austriackiej firmie z jednolitego bloczka aluminium. Z tyłu znajduje się radiator, który zapobiega nadmiernemu wzrostowi temperatury cewki.
W zwrotnicy zamontowano komponenty klasy high-end: srebrno-olejowe kondensatory Supreme i cewki Mundorfa oraz oporniki MOX. Okablowanie to Cardas, podobnie jak niespecjalnie wyglądające (za to wygodne) gniazda. Nic dziwnego, że do kolumn T&F zwykle poleca się przewody Cardasa.

Konfiguracja
Źródłem w teście był Gamut CD 3 na stoliku Stand Art. Na nim spoczywał także McIntosh MA7000. Ten drugi radził sobie bez problemu, zwłaszcza że kolumny są bardzo łatwe do wysterowania. Importer utrzymywał jednak, że nie jest to najlepsze połączenie i koniecznie trzeba spróbować lampy, a „najkonieczniej” wzmacniacza zintegrowanego Crayona. Firmy bardzo się lubią, często współpracują i wspólnie pokazują swój sprzęt na wystawach. Nie udało mi się wydobyć informacji, czy kolumny są strojone pod kątem wzmacniacza (albo odwrotnie), ale jeżeli tak, to połączenie mogłoby się okazać synergiczne.

Swoją drogą – trochę szkoda, że producenci nie podają takich informacji. Z jednej strony, nie odbierają ludziom zabawy i nie ograniczają ich inwencji; z drugiej jednak wielu ułatwiłoby to życie. Pamiętam pierwszą integrę Krella i podłogówki Monitor Audio Studio 20. Obie propozycje samotnie nie przedstawiały wybitnego poziomu, ale razem grały jak cygański król skrzypiec.
Skuteczność, jak na tubę, nie jest oszałamiająca. Wynosi „zaledwie” 92 dB.

Wrażenia odsłuchowe
Z McIntoshem MA7000
Wartości w tabelkach są teoretycznie jedną z niewielu wykładni, z którymi trudno dyskutować. W praktyce okazuje się jednak, że niekoniecznie przekładają się na wrażenia z odsłuchu. Miałem do czynienia z wieloma tubami i nie zawsze 95 dB oznaczało, że będzie głośno przy niewielkiej mocy. Tymczasem 92 dB w wykonaniu Faraonów to uczciwie przeprowadzony pomiar. Już przy niewielkich wychyleniach wskazówek Maca, kolumny zachowują się jak armata. Wystarczy przekręcić gałkę odrobinę w prawo, a otrzymujemy dawkę prawdziwego czadu.
Dźwięk jest duży, masywny i nasycony decybelami. Nasuwa skojarzenie z Magnepanami, które mają tendencję do powiększania źródeł i budowania ściany dźwięku. Człowiek nieprzygotowany może przeżyć szok, bo wszystkie znane nagrania brzmią inaczej. Jakby instrumenty najadły się drożdży, wskutek czego dwukrotnie urosły. Ściana dźwięku staje przed nami, a ciśnienie akustyczne jest odczuwalne przez skórę.
Najlepiej mi się słuchało rocka, zwłaszcza nagrań koncertowych. W takim materiale T&F mają w sobie szaleństwo. Oddają niepowtarzalny nastrój. Nogi same ruszają do tańca, a serce zaczyna bić w rytm muzyki. Trafia ona prosto do głowy. Zmienia puls tak, jak chce, pompuje krew z tempem sola perkusisty.

Akcja koncentruje się na pierwszym planie, co podkreśla kaloryczność impulsów. Szczególnej głębi w tych kolumnach raczej bym nie szukał. Koncentrują się na szerokości i, co rzadsze, wysokości sceny. Uderzają falą, a jej rozciągnięcie na długość mogłoby osłabić impet. Nie muszę chyba dodawać, że wytworzenie wysokich poziomów głośności to dla Faraonów kęs mizerii przy dwóch kotletach mielonych. Kolumny dmuchają, bez wysiłku poruszają powietrzem, ledwie napoczynając potencjał wzmacniacza. To ponoć niby-tuba, a zachowuje się jak piekielne tubiszcze.

Bas z początku nie wydaje się specjalnie duży ani masywny. Ale z każdą minutą słuchania dochodzą do nas zaskakujące rzeczy. Jakieś pomruki, których wcześniej nie było słychać. Punkty oparcia, które były gdzie indziej i wreszcie – inaczej traktowane wybrzmienia, jakby bardziej zróżnicowane. Kolejne rodzaje muzyki, płyty i dochodzimy do tego, gdzie jest pies pogrzebany: tempo. Papierowa membrana szybko reaguje na impulsy i równie błyskawicznie staje w miejscu. Porównując to do jazdy samochodem – bez pasów wylecielibyśmy przez przednią szybę. A początkowe wrażenie lekkości wynika z przyzwyczajenia do przeciągania wybrzmień. Nie ma niby tej masy, bo ta kojarzy się z miękkim pulsowaniem, a tu jest przede wszystkim rytm.
Średnica odwrotnie – jest dociążona, mocno oparta w niższym zakresie. Przez to dostajemy wrażenie potęgi i kaloryczności. Nie zmienia to barwy głosów, gitar, czy fortepianu, ale dodatkowo powiększa ich gabaryty, a w aspekcie lokalizacji – przybliża do słuchacza.
Wysokie tony – tu trzeba zrozumieć, że mamy do czynienia z tubą. O ile Zingali starały się ten zakres wygładzić, to T&F się nie pieszczą. Serwują górę bez cienia nieśmiałości, tak aby wyrównała proporcją masywną średnicę i atakujący bez pardonu bas. Słyszymy charakterystyczne podkreślenie niższego zakresu sopranów, czasem zbytnią koncentrację na syczących i szeleszczących składowych w perkusji (bo w przypadku instrumentów dętych czy smyczkowych trudno znaleźć jakiekolwiek zabarwienie), jakby pogrubienie faktury i mniejszą czytelność szczegółów niż na przykład z kopułek ATC. Faraony lubią sobie pohałasować, ale to doskonale pasuje do rockowego szaleństwa, a zwłaszcza starszych nagrań.
Niby więc mamy słaby punkt, ale nie wyobrażam sobie tutaj czytelnej, krystalicznej prezentacji „słuchawkowej”, jak choćby w starszych kopułkach Audio Physica czy focalowych wariacjach, przygotowanych specjalnie dla Wilsona. Są bardziej prawidłowe, ale to inna estetyka. Nie pasowałaby do szalonej i nieobliczalnej natury Faraona.
Czy to jest naturalny dźwięk? Na pewno nie do końca, ale jakoś nie widzę T&F w roli grzecznych towarzyszy do słuchania kameralistyki wokalnej czy kwartetów smyczkowych. To nie ich żywioł. One wolą Purpli i AC/DC, a z wypoczynkowych pościelówek – Marillion.
Wydaje się zresztą, że moc Maka jest dla nich za duża. Zamiast wykorzystać możliwości kolumn, 90 % pary idzie w gwizdek. To znaczy, przepraszam, w tubę.


 

IMG 1261

Wykończeniena wysoki połysk
wymaga równie wysokiej dopłaty.




Z Crayonem
W zestawieniu z Crayonem dźwięk staje się bardziej skoncentrowany; nie tak szeroki w geście, mniej szalony. Bardziej skupiony na szczegółach i średnicy pasma. Więcej uwagi poświęca drobnym sygnałom i wyważeniu proporcji. Mniejsza moc nie daje już rozmachu takiego jak z Makiem, za to lepsze spojrzenie na rzeczy, które dotychczas umykały uwadze.
Nadal jest to tubowy charakter, ale jakby utemperowany subtelnością lampy, bo przynajmniej w tym towarzystwie austriacka integra zachowuje się, jakby zamontowano w niej szklane bańki. Czy to dobrze robi kolumnom? To już będzie zależeć wyłącznie od Waszych preferencji. Obiektywnie tak, bo mamy bliżej do szeroko pojętej prawidłowości i neutralności, chociaż tamta dawka decybeli, trzeba przyznać, była imponująca. Tutaj jest za to powiew romantyzmu, zadumania nad barwą, drobiazgami, a góra zdecydowanie mniej wariacka.
Za to bas zachowuje niemal identyczne tempo, odrobinę tylko nabierając miękkiego wykończenia. I znowu przyjdzie powiedzieć, że to dobrze robi, zwłaszcza gdy muzycy zechcą zagrać balladę i skupimy się na słowach. Dźwięk jest mniejszy, nie dominuje tak nad człowiekiem wtłoczonym w fotel.

 

download-PHAROAH-walnutnature-HR

Wersja standardowa,
czyli fornir orzechowy.



Preferencje muzyczne się rozszerzają, bo głośnik staje się bardziej uniwersalny. Może traci tę przytłaczającą efektowność, przez co wrażenia z koncertu rockowego nie są już tak miażdżące, ale za to zyskuje w spokojniejszym repertuarze. Tu następuje diametralna zmiana, a mniej kaloryczny prąd nie zmusza już membran do pracy na granicy krzyku. Pojawiają się szczegóły, np. szarpnięcia strun gitary; delikatne sygnały z tła tracą szeleszczący nalot, a wysokie tony stają się czyste. Wraz z rozgrzewaniem się wzmacniacza nabierają lotności, alikwotów i… Okazuje się, że pierwsze wrażenia były mylące, bo właśnie kameralistyka, ballady rockowe, tria jazzowe i wokale brzmią najlepiej. Z pochyleniem nad mikrodynamiką, atmosferą sceny, dobrą lokalizacją i odwzorowaniem pomieszczenia, choć nadal nie w holograficznych rozmiarach.
Faraony potrafią pokazać różne oblicza i wiele będzie zależeć od konfiguracji systemu. W tym przypadku macie gotową, a przynajmniej dobry punkt wyjścia.
Czy to połączenie synergiczne? Biorąc pod uwagę, że Crayon jest dwukrotnie tańszy od Maka, nie wykluczałbym takiej ewentualności. Jakkolwiek posłuchałbym jeszcze z lampą, bo przecież tuby są dla niej stworzone. Choć z drugiej strony, Faraon w pełnym tego słowa znaczeniu tubą nie jest.

Konkluzja
Więc czym? Na pewno kolumną odróżniającą się od innych równie wyraźnie dźwiękiem, co urodą. Jedno jest pewne: z Trennerem i Friedlem nie będziecie się nudzić.

trennert

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 05/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF