Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Avantgarde Acoustic Uno Fino

Mag 12-15 06 2013 02Dobra wiadomość dla zwolenników kolumn tubowych – Avantgarde Acoustic wchodzi pod strzechy. Recenzowany model ma nie tylko dopełnić serię Uno, ale też stać się pierwszą kompaktową konstrukcją tubową do niewielkich pomieszczeń. Według zapewnień producenta, Uno Fino to w zasadzie pomniejszona wersja znanego modelu Uno G2.

Zastosowano tu identyczne przetworniki, tuby i wzmacniacz w sekcji aktywnej. Uno Fino różnią się od G2 kompaktowymi rozmiarami oraz wykorzystaniem w sekcji niskotonowej nowych, 20,5-cm przetworników zamiast „dwudziestek piątek”.


Relatywnie niewielkie rozmiary Uno Fino to wynik rezygnacji konstruktorów z osobnej komory przetwornika średniotonowego i wpuszczeniu obu tub we wspólną obudowę. Nie znajdziemy tu także rozbudowanego stelaża, który w Uno G2 ciągnie się przez całą wysokość kolumny. Solidne aluminiowe profile na regulowanych od góry kolcach (świetny wynalazek) stanowią w Uno Fino jedynie podparcie obudowy.
Jeśli chodzi o kolorystykę, to oferta Avantgarde’a jest nie do pobicia – dowolna kombinacja siedmiu typów oklein z aż jedenastoma kolorami tub sprawia, że kolumny można dopasować praktycznie do każdego wnętrza. Niechlubnym wyjątkiem były jedynie zestawy dostarczone do recenzji: matowy orzech z widocznym usłojeniem plus błyszczące krwistoczerwone tuby to połączenie, na widok którego mdleją nawet daltoniści, a bogobojne matki zasłaniają dzieciom oczy.
„Kapelusze” przetworników średnio- i wysokotonowych mają, odpowiednio, 50 i 13 cm szerokości – niewiele, jak na tuby, choć i tak pozostają elementem dominującym. Avantgarde podkreśla, że wykonano je z zegarmistrzowską precyzją (do 0,5 mm) z polimeru ABS, który charakteryzuje się dużą wytrzymałością mechaniczną, a przy okazji tłumi rezonanse. Zastosowanie sferycznych profili ma się przekładać na bardziej wyrównaną charakterystykę.
Po odkręceniu większej tuby ukazuje się nam jedynie papierowa nakładka przeciwpyłowa 13-cm przetwornika średniotonowego. Większa jego część pozostaje zakryta. Zagłębienie między głośnikiem a obudową wytłumiono wyprofilowaną gąbką falistą, mającą tłumić wibracje elementów ruchomych. Tu ciekawostka – w średniotonowcu zrezygnowano z filtracji. Dopiero ukryty za metalową siateczką tweeter jest podłączony przez filtr drugiego rzędu.
Subwoofer Uno Fino, podobnie jak w wyższych modelach, pracuje w obudowie zamkniętej. Zamontowano w nim dwa przetworniki 20,5-cm, będące autorskim opracowaniem Avantgarde’a. Membrany charakteryzują się bardzo wysoką sztywnością i mogą pracować z dużym wychyleniem liniowym (6,5 mm). Do napędu wykorzystano magnesy neodymowe. W module aktywnym nie żałowano woltów i amperów – znajdziemy tu wzmacniacz o mocy 250 W zasilany toroidem 330 VA i baterią kondensatorów o łącznej pojemności 60000 mikrofaradów.
Rzut oka na tylną ściankę powoduje chwilowy zawrót głowy – możliwości podłączenia i regulacji jest tyle, że zabawy wystarczy na długie tygodnie. Uwagę zwracają osobne terminale dla każdej sekcji, co powinno ucieszyć zwolenników bi-ampingu i bi-wiringu. W wersji fabrycznej sekcję średnio- i wysokotonową połączono niedrogim kablem Oyaide Explorer, co kablarzom otwiera możliwość tuningu.
Regulatory niskich tonów przypominają te z rozbudowanych subwooferów.

Mamy potencjometr głośności, trójzakresową regulację filtra dolnoprzepustowego (ustalaną skokowo hebelkiem, a dostrajaną płynnie potencjometrem) oraz trzy częstotliwości filtra górnoprzepustowego (20 Hz, 30 Hz lub 40 Hz). Do tego wejście XLR oraz 12-woltowy wyzwalacz. Nie brakuje niczego.

 

Bartosz Luboń

Mag 12-15 06 2013 opinia1

Zgodnie z przewidywaniami, próba zestawienia wysokoefektywnych (104 dB!) kolumn z mocnym tranzystorem okazała się porażką. Ponieważ „rozbujaniem” sztywnej membrany basowca nie musimy się martwić ze względu na układ aktywny, a sekcja średnio-wysokotonowa osiąga wysokie ciśnienie akustyczne już przy niewielkim wychyleniu potencjometru, można się pokusić o podłączenie do Uno Fino nawet kilkuwatowej triody SE. Wprawdzie nie miałem do dyspozycji aż tak purystycznego urządzenia, ale niewielki Leben CS300XS na popularnych EL84 spisał się doskonale.
Jestem przekonany, że po włączeniu jakiejkolwiek płyty każdy słuchacz mimowolnie skieruje uwagę na zakres średnica-góra, bo właśnie tutaj dzieją się prawdziwe cuda. Niezależnie od tego, jak bardzo analityczne są nasze kolumny oparte na tradycyjnych przetwornikach, dopiero Avantgardy pokażą, co znaczy prawdziwa otwartość i przejrzystość dźwięku. Przejrzystość, która – podkreślmy to na samym początku – nie ma nic wspólnego z rozjaśnieniem. Każda fraza i dźwięk, zarówno z pierwszego planu, jak i z dalekiego tła, zostają doświetlone tak umiejętnie, że nie musimy się niczego domyślać ani dosłuchiwać. Każde trącenie struny, szmer, chrząknięcie, przeszkadzajka w tle – wszystko to będzie podane jak na dłoni, a jednocześnie wplecione w całość i zawieszone w olbrzymiej, precyzyjnie wykrojonej przestrzeni. W połączeniu z ponadprzeciętną szybkością oddawania impulsów i głęboko schodzącym basem, Avantgardy tworzą wyczekiwany przez audiofilów spektakl, w czasie którego wydarzenie muzyczne rozgrywa się tu i teraz, na naszych oczach.
Na niemieckich tubach kapitalnie wypadły wszelkie nagrania jazzowe; niezależnie od składu czy stylu. Bajecznie zaśpiewały zarówno Aga Zaryan, jak i Madeleine Peyroux. Był to kolejny dowód, że wokal wcale nie musi być dosłodzony, by wypaść zniewalająco. Uno Fino tchnęły nowe życie w świetną płytę kwintetu Davida Hollanda „Not for Nothin’” (ECM), gdzie po jednej stronie spektrum mamy wzorcowo nagrany, miękki i głęboki bas, po drugiej zaś wibrafon i perkusjonalia, które zabrzmiały tak dźwięcznie i przejrzyście jak nigdy dotąd.
A jednak… zawsze musi być jakaś łyżka dziegciu w beczce miodu. W tym przypadku jest nią nie do końca przekonująca spójność zakresu basowego i średnio-wysokotonowego, która ujawniła się właśnie na płycie Hollanda, a potem w innych nagraniach. Głośnik basowy, skądinąd znakomity, pomimo mnogości regulacji, umożliwiających głęboką ingerencję w zakres jego pracy, nie potrafi ukryć faktu, że wykonano go w innej technice niż resztę przetworników. Mimo że jest szybki, nie nadąża za piekielnie szybkimi tubami. Choć nie przesadnie ocieplony, nie klei się z superprzejrzystymi dźwiękami średnicy i góry. Czułe ucho bez problemu wychwyci, że zastosowano tu odmienne rodzaje przetworników, różniących się zarówno barwą, jak i możliwościami dynamicznymi. Nie są to różnice na tyle wielkie, by nie dawały nam spokoju (przy niektórych gatunkach muzyki są nawet pomijalne), ale osoby, które w dźwięku cenią głównie spójność, mogą mieć problem z zaakceptowaniem takiej estetyki.

Mag 12-15 06 2013 03     Mag 12-15 06 2013 05

Druga łyżka dziegciu – klasyka. Wyznaję, że uczucie zawodu nie było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ już kilka razy zdarzyło mi się brać udział w prezentacji wysokich modeli Avantgarde’a. Za każdym razem było bajecznie i zniewalająco, dopóki ktoś nie zaproponował nagrania orkiestry symfonicznej. Nie wiem, czemu to przypisać, ale brzmienie smyczków było zawsze tak wyraźnie podbarwione, że wszystko zdawało się krzyczeć: „Grają tuby!”. I faktycznie, „tubowość” zdaje się bronią obosieczną. Z jednej strony, fenomenalna przestrzeń, dźwięczność i przejrzystość; z drugiej: podbarwienia, których pewne instrumenty, ze szczególnym uwzględnieniem smyczków, nie znoszą.
Uno Fino to zwierz trudny do obłaskawienia. Może zagrać przepięknie i zniewolić słuchacza do tego stopnia, że ten bez chwili wahania sięgnie po złotą kartę kredytową. Może też sprawić, że słuchacz zniechęci się do tub i z ulgą powróci do kolumn mniej wyczynowych, lecz w brzmieniu bardziej przyjaznych. W tym przypadku wiele zależy od naszego gustu i przyzwyczajeń, ale jeszcze więcej od słuchanego przez nas repertuaru. Z tego względu wnikliwy odsłuch przez zakupem jest obowiązkowy. Przy wszystkich naszych oczekiwaniach miejmy też świadomość, że Uno Fino to najniższy model w ofercie. Gdyby nie miał wad, po co by nam była seria Trio?

Bartosz Luboń

Mag 12-15 06 2013 opinia2

Myślałam, że nie dożyję chwili, w której kolumny Avantgarde Acoustic będą się mieścić w przeciętnym polskim M-3. A jednak! Okazało się, że nie tylko w Polsce mamy problemy mieszkaniowe, bo recenzowane dziś Uno Fino narodziły się w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku azjatyckiego, gdzie mieszkanie 60 m² uchodzi za apartament. Skoro więc kolumny sprawdzają się w małych japońskich mieszkaniach, to i u mnie powinny.
Uno Fino to, o dziwo, model budżetowy (jak na możliwości Avantgarde’a), choć za zupełnie niebudżetowe pieniądze. Każdy wielbiciel tubowego brzmienia, który nie mógł sobie dotychczas pozwolić na ulubione zestawy z powodów finansowych i metrażowych, będzie w siódmym niebie.
W zasadzie w każdej z użytych w teście konfiguracji w zakresie średnicy i wysokich tonów tuby nie mają sobie równych. Nigdy wcześniej nie słyszałam u siebie utworów Pink Floyd do dziesiątego planu w głąb. Coś niesamowitego. Słychać było dosłownie wszystko i w zasadzie zewsząd – tubowa rozdzielczość i dokładność wydaje się nie do pobicia przez konwencjonalne kolumny.
Wokale były tak wyraźne, a zarazem zupełnie nieprzerysowane, że miało się wrażenie, jakby z głośników dochodziły możliwe do dotknięcia wyrazy. Brzmiało przejrzyście, klarownie, a całość była plastyczna i selektywna. Wokale kobiece i męskie – wyborne. Namacalna, wypełniona średnica, a góra stonowana i nie jazgotliwa.
Wystarczyło jednak rozszerzyć repertuar, choćby o utwory symfoniczne, żeby pojawiła się rysa na tym sielsko-anielskim obrazku.
Tuby są nie do pobicia w wydobywaniu szczegółów, pokazywaniu planów i wątków, jednak o ile sprawdza się to w przypadku głosów, słodkich dźwięków bossa novy czy muzyki pokroju Pink Floyd, o tyle w przypadku sekcji smyczkowej, muzyki symfonicznej czy kameralistyki fortepianowej pojawia się efekt podobny jak przy przeciągnięciu styropianem po szkle… Brr! Włos się jeży na samą myśl.
Brzmienie skrzypiec zostało tak uwypuklone i wyizolowane, że momentami aż kłuło w uszy. Szczególnie uciążliwe było to przy mariażu ze Strussem, czyli mocnym tranzystorem. Zmiana wzmacniacza na lampowy przyniosła ukojenie, ale nie zlikwidowała problemu. Zarówno w przypadku Lebena, jak i Octave dźwięk skrzypiec przestał świdrować, zyskując bardziej przyjazną barwę, jednak smyczki nadal dość mocno wybijały się ponad całość.

Reklama

Zdecydowanie tranzystor nie jest najlepszym towarzystwem dla Uno Fino, a przynajmniej nie R-150. Z urządzeniami lampowymi także wypada to różnie – brzmienie jest o wiele przyjemniejsze, ale jednak moc również jest cechą pożądaną. Możliwe, że nawet z rachityczną triodą Avantgardy by zagrały, jednak z mocniejszą lampą brzmią zdecydowanie lepiej.
Słychać to było wyraźnie w teście. Leben pozwolił uzyskać najciekawszą i najlepszą barwę. Nasycił wokale, przydając brzmieniu szlachetności, jednak dynamiki nie poprawił tak znacząco jak Octave. Niestety, żaden ze wzmacniaczy nie był idealnym partnerem – najlepszą partią byłaby dość mocna lampa (może Leben CS-660P) lub tranzystor o lampowych inklinacjach.
Tak czy inaczej, jakość średnich i wysokich tonów nie podlega dyskusji. Tutaj tuby nie mają sobie równych, czy się to komuś podoba, czy nie – po prostu nie ma sposobu, żeby z kolumn o klasycznej budowie wykrzesać taką szczegółowość.
Jednak nie tylko górą i średnicą audiofil żyje. Pozostaje jeszcze kwestia basu. Tu, niestety, trafiamy na piętę Achillesową Uno Fino. Sekcja basowa jest aktywna, co uwalnia nas od konieczności wysterowania przetwornika niskotonowego. Jednak aktywny subwoofer powoduje, niestety, oderwanie basu od pozostałych rejestrów, pozbawiając brzmienie spójności. Do basu jako takiego nie można się zbytnio przyczepić, bo schodzi nisko i jest nasycony, tyle że nie tak szczegółowy, jak bym oczekiwała, i nie tworzy z pozostałymi pasmami nierozerwalnej całości. Pojawia się dysonans pomiędzy tubowym dźwiękiem najwyższej próby i niskim poplumkiwaniem sekcji basowej.
Uno Fino to kolumny doskonale wpisujące się w kanon produktów firmy i są dokładnie tym, czym miały być – najniższym modelem stanowiącym nijako wstęp do serii Uno. Czyli: jeśli chcesz się przekonać, jak się żyje z zestawami Uno, zacznij od Fino, a potem kup sobie „prawdziwe”, bo ten model to tylko początek możliwości producenta. Można spojrzeć też inaczej – to kompromis między marzeniami, mieszkaniowym realizmem i zasobnością portfela.
Uno Fino to kolumny zerojedynkowe – albo się je kocha, albo nienawidzi. Nie są to zestawy dla każdego. Muszą znaleźć zdeklarowanego wielbiciela, który je pokocha, zrozumie i czasem przymknie oko na pewne niedostatki lub w ogóle ich nie zauważy, popadając w błogą kontemplację.
Stirlitz się zamyślił. Spodobało mu się to, więc zamyślił się jeszcze raz.

Aleksandra Chilińska

Mag 12-15 06 2013 daneTechniczne

Autor: Bartosz Luboń i Aleksandra Chilińska
Źródło: MHF 02/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF