Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Michell Orbe

Mag 04-08 12 2013 01Marka Michell jest w Polsce znana jakby… częściowo. Swego czasu najczęstszą informacją na jej temat było, że w kolumnach ProAca montowane są rodowane gniazda Michella (te ze zworą w kształcie patyczka). Poza tym audiofile wiedzą, że jest gramofon GyroDec – do dziś jeden z najładniejszych przykładów industrialnego wzornictwa. Cieszy się on w Polsce pewną popularnością, ale przecież nie wyczerpuje gramofonowej oferty Michella.

Katalog brytyjskiej wytwórni obejmuje trzy modele. Najniżej jest najmłodszy TecnoDec. Pośrodku – GyroDec, zaś na szczycie rozsiadł się wygodnie Orbe, konstrukcja z 1996 roku, do pewnego stopnia oparta na konstrukcji lżejszego modelu.
Orbe to tajna broń Michella, którą polski dystrybutor rzadko wydobywa na światło dzienne. Gdy zainteresowałem się tym urządzeniem, stwierdziłem, że nigdy dotąd nie był prezentowany w żadnym polskim czasopiśmie. Taka okazja nie zdarza się często.

Orbe to konstrukcja szkieletowa z chassis zawieszonym na trzech sprężynach. W przeciwieństwie do sztandarowych konstrukcji z końca lat 70. i początku 80., takich jak AR, Linn LP12 i czy Systemdek, gramofony Michella nie ukrywają swego seksapilu pod drewnianą obudową, tylko wystawiają wszystko na frontową witrynę. Oczywiście, w takim przypadku nie może być mowy o tłoczonych blachach, drutach i gołych sprężynach. Konieczny był porządny kawał wzornictwa przemysłowego, co po raz pierwszy zastosowano z dobrym skutkiem w GyroDecu. Michell wyeksponował urodę rozwiązań technicznych i  połączył to z wysoką jakością wykonania. W rezultacie powstał gramofon o intrygującej prezencji, sprawiający wrażenie dwa razy droższego, niż w istocie kosztował.

W wyglądzie tych gramofonów od parudziesięciu lat nic się nie zmieniło i trudno się temu dziwić – nie bardzo jest w nich co poprawiać. Jedyną nowością było wprowadzenie wersji nagiej, tj. pozbawionej litej akrylowej podstawy i pokrywy. Jest ona przy okazji tańsza, a wygląda chyba jeszcze efektowniej. Czy to znaczy, że gramofony Michella prezentują się (a może i grają) archaicznie? Nic podobnego. Zresztą, firma nie poprzestaje na dawnych osiągnięciach i, mimo że „werk” pozostaje ten sam, to jednak co pewien czas dostaje nowe zasilacze i ramiona.
Konstrukcja gramofonu umożliwia wymianę armboardów, co pozwala zamontować ramiona różnych standardów i o różnej długości. W wersji z pokrywą zmieści się, oprócz typowego 9-calowego, również ramię 10-calowe, zaś bez pokrywy można prawdopodobnie wykorzystać jeszcze dłuższe. Firmowy TecnoArm jest wykonywany w standardzie montażowym Regi. Przewody wychodzą z niego przez otwór w chassis, nie kontaktując się z żadnym elementem obudowy. Silnik, wbrew pozorom, zamocowano niezależnie, choć na tyle blisko, że gramofon wygląda niemal kompaktowo. Obudowa silnika przechodzi przez otwór w „usprężynowanym” chassis i przez podobny w akrylowej podstawie. Wskutek tego silnik, wraz ze swymi drganiami, mieści się niezależnie na półce. Z resztą gramofonu łączy go tylko pasek napędowy. Również oddzielnie stoi zasilacz, zamontowany wewnątrz oryginalnej obudowy, przypominającej… w zasadzie nic. Żaden z moich gości nie zorientował się, do czego służy ten miniaturowy kapelusz, wbudowany w akrylową skrzynkę i postawiony na kolcach.
Skoro już o kolcach mowa, to gramofon ma takie trzy. Oddzielają one napęd od podłoża, a oprócz tego służą do poziomowania maszyny.

Do testu otrzymałem urządzenie w bardzo zachęcającej konfiguracji. W komplecie znalazły się: zasilacz w wersji Never-Connected II, najnowsze ramię Helius Scorpio 4 oraz wkładka ZYX R-100 Fuji FX (z miedzianym uzwojeniem). Ten zestaw dobrał osobiście dystrybutor. On również zmontował i ustawił system.
W teście wykorzystałem przedwzmacniacz korekcyjny ModWright SWP 9.0SE, ustawiony do pracy przy impedancji 100 omów. Gramofony Michella najczęściej widuje się z firmowym ramieniem TecnoArm, jednak (jak wspomniałem) do recenzji dotarła wersja z nową konstrukcją Heliusa, będącą czwartą wersją podstawowego modelu Scorpio. Dziewięciocalowe ramię (dostępna jest też opcja 10-calowa) jest utrzymane w kolorach czarnym i chromowo-srebrnym. To tradycyjna konstrukcja, wykorzystująca wysokiej jakości łożyska, z których zresztą Helius jest znany.
Ramię wyposażono w srebrny przewód, poprowadzony nieprzerwanie od końcówek wkładki aż do wtyków wyjściowych. Nie jest to zapewne konstrukcja porównywalna ze szczytowym modelem Omega, jednak według deklaracji producenta cechuje ją wysoka jakość wykonania oraz brzmienia.

Wkładka odpowiadała klasie napędu. Była to wyższa odmiana modelu ZYX R-100 (MC, niski poziom), znajdującego się w katalogu powyżej serii R-50 Bloom.

 

Alek Rachwald

Mag 04-08 12 2013 Opinia1

Test trwał dosyć długo. Najpierw Orbe spędził u mnie kilka tygodni. Później wrócił do dystrybutora i na koniec znowu trafił do mnie na końcowe odsłuchy.
Gramofon Michella ma w dźwięku to, co cenię w odtwarzaczach czarnej płyty – „czarny” spokój, brak nerwowości, nieobecność podskórnego wrażenia, że dzieje się coś niedobrego. Igła opada na płytę i jest lepiej, a nie gorzej niż wcześniej. Nie ma przypadkowego hałasu, tylko uporządkowana muzyka. Orbe jest przeciwko entropii.
Zacząłem odsłuch od płyt dość trudnych, zawierających muzykę symfoniczną, bo na nich łatwo spostrzec błędy ustawienia wkładki. I zostałem przy nich na dłużej. Czy był to Vivaldi, Czajkowski, Haydn czy Britten, brzmienie pozostawało gładkie, płynne, z bardzo dobrze rozdzielonymi instrumentami, tworzącymi jednocześnie całość. Muzyka przyjemnie przepływała przez pokój, dając ogólne wrażenie lekkości. Było dużo powietrza i rozległa przestrzeń. Z drugiej strony, jak to śpiewali Przybora z Wasowskim, „niebo ma tę głębię” – dźwiękowi nie brakowało masy, a zejście basu nie pozostawiało niedosytu. Wykazywał on też przyjemną sprężystość. Był energiczny, choć nie w takim stopniu, jak np. niskie tony z cyfrowych źródeł Naima.
Rytmika wpisuje się w ogólny charakter dźwięku, który przyciąga uwagę, kiedy trzeba, buduje napięcie, ale nie jest agresywny.
Brzmienie Orbe z wkładką ZYX przypomina mi to, które pamiętam z gramofonu VPI z Shelterem 901. Nie wykazuje natomiast potężnego wykopu, który pamiętam z Transrotora Super Seven La Roccia (ciekawe, że najwyższe modele Transrotora już tego podkręcenia nie demonstrują). Przyciągać uwagę do muzyki nie męcząc – oto charakter Orbe. Ciekaw jestem, czy ma to związek z dobrym tłumieniem rezonansów, a jeśli tak, to czy większy jest tu wpływ miękkiego zawieszenia, czy ciężkiego talerza. Bowiem Orbe, mimo że jest konstrukcją usprężynowioną, waży niemało. Sądząc po efektach, Michell znalazł receptę na rezonans.

Mag 04-08 12 2013 02     Mag 04-08 12 2013 03


Stali czytelnicy wiedzą, że oprócz nagrań bardzo dobrej jakości, od czasu do czasu wykorzystuję kiepskie tłoczenia, które lubię ze względów muzycznych, choć ze względów jakościowych nimi gardzę. W tym przypadku wybrałem bardzo agresywnie nagraną płytę „Private Collection” duetu Jon & Vangelis, którą znam głównie ze zdominowanego przez wysokie tony cyfrowego masteringu. Teraz miałem do czynienia z oryginalnym tłoczeniem z 1983 roku, prawdopodobnie nagranym jeszcze analogowo. Mimo to inżynierowi dźwięku udało się uzyskać pseudocyfrową „szczegółowość” i wskaźnik syczenia na poziomie okularnika, któremu nadepnięto na ogon.
Analogowy tor odtwarzania pomógł niewiele. Płyta na talerzu Orbe wydała się nieco strawniejsza, z lepszą stereofonią i wrażeniem odrobinę większego nasycenia barwy. Na ekspansywną górę nic jednak nie pomogło, ponieważ tutaj może pomóc dopiero amputacja, a takiej usługi Orbe nie oferuje. Cóż, przynajmniej wysłuchałem nagrania do końca, co w wersji na CD raczej mi się nie zdarza. Chyba więc nie było najgorzej.

Mag 04-08 12 2013 04     Mag 04-08 12 2013 05    


Bardzo dobre efekty osiągnąłem z jazzem, zarówno kameralnym, jak i big bandami. Dźwięk „My Song” kwartetu Jarreta miał odpowiednią masę i blask, a saksofon Garbarka brzmiał uwodzicielsko. Po zabawie z jazzem i rozrywką (God bless you, Phil Collins, było bosko!) ponownie wrzuciłem na talerz poważny kawałek klasyki z „Symfonią polską” Czajkowskiego nagraną przez DG. Wśród wielkiej ilości dźwięków przyjemnie pieszczących ucho, zwróciłem uwagę na potężne „umf”, generowane przez kontrabasy już na pierwszej ścieżce. Kolejny dowód, że Orbe nie boi się zejścia w naprawdę niskie rejony. Swoboda dynamiczna i nasycenie basem w tym nagraniu zrobiły na mnie duże wrażenie. Początkowe odczucie, że brytyjski gramofon nie ma trudności z oddawaniem dynamiki, potwierdziło się bez wątpienia.
Michell Orbe spodobał mi się bardzo – nie tylko muzycznie, ale również jako przedmiot. Nieczęsto można znaleźć źródło, które świetnie gra, wyjątkowo dobrze wygląda i na dodatek jest przyzwoicie wycenione. Gramofony Michell to okazja, a spośród nich Orbe to okazja, moim zdaniem, największa. Świetna rzecz.

Alek Rachwald

Mag 04-08 12 2013 Opinia2

Michell Orbe wygląda elegancko i skromnie. Brytyjskie pochodzenie zobowiązuje.
Z pierwszymi taktami muzyki można się zorientować, że dźwięk płynie jakby od niechcenia. Bez wysiłku, a jednocześnie dynamicznie i przejrzyście. Nic w muzyce nie jest zaniedbane – ani barwa, ani pasmo. Jedno, co zwraca uwagę, to delikatne ocieplenie, ale w porównaniu z innymi moimi źródłami żaden wycinek częstotliwości nie jest wycofany.

Mag 04-08 12 2013 06


Na płycie „Companion” Patricii Barber w wydaniu Premonition Records kontrabas pozostał wyrazisty, mimo ocieplenia i zaokrąglenia. Może mniej w nim było wibrowania strun, a więcej pudła, ale któż to oceni wiarygodnie? Ważne, że przekaz był miły w odbiorze i nic nie dudniło. Głos wokalistki wydawał się pełen emocji, nieco chropowaty. Sybilanty, podkreślone na płycie CD, tu uległy wygładzeniu. Można by wnioskować, że skoro sybilanty są mniej wyraziste, to górne rejestry zostaną wycofane, ale nic takiego się nie stało. Blachy perkusji na „Yesterdays” tria Jarrett/Peacock/DeJohnette także zostały oddane łagodniej, ale nie straciły szczegółów. Brzmiały tak, jakby kant nieheblowanej deski potraktować delikatnie drobnym papierem ściernym.

Reklama

Staje się wtedy milszy w dotyku, nie zmieniając przy tym kształtu.
Na innym repertuarze, jak koncerty organowe Bacha (Stereo Gold Award Classics z roku 1977, czyli z okresu świetności płyty winylowej), organy z katedry w Lubece zabrzmiały potężnie i wiarygodnie, bez snucia się najniższych częstotliwości. Czuło się atmosferę dużego kościelnego wnętrza, echo i podmuchy wtłaczanego do piszczałek powietrza. Niskie rejestry niemal masowały ciało. Tutti w symfonice (Gustav Mahler, 4 symfonia w wykonaniu Filharmoników Berlińskich pod dyrekcją Herberta von Karajana) nie gubiło rytmu ani dynamiki przy jednoczesnym zachowaniu planów, zarówno wszerz jak i w głąb. Warto także dodać, że nie miało decydującego znaczenia, jaką końcówkę mocy podłączyłem; tranzystor czy mocną lampę.

Mag 04-08 12 2013 07


Słuchając płyt na Orbe, można zapomnieć o sprzęcie. Zatopić myśli w płynącej muzyce i tylko zmieniać albumy i repertuar. To bardzo dobry dźwięk za niemałe pieniądze. Co jeszcze by się stało, gdyby zamontować lepsze ramię i wkładkę? To pytanie pozostawię na razie bez odpowiedzi.

Jerzy Mieszkowski

Mag 04-08 12 2013 T

Autor: Alek Rachwald i Jerzy Mieszkowski
Źródło: MHF 04/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF