Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Pianomania

94-95 10 2010 01Każdy, kto ma w domu pianino, co jakiś czas wzywa stroiciela. On coś tam pogmera, pokręci kluczem przy strunach, pomruczy pod nosem, zainkasuje i wychodzi. Kojarzy się nam z kimś zwyczajnym, jak elektryk czy hydraulik. Tymczasem okazuje się, że praca stroiciela może być fascynująca i naprawdę mało o niej wiemy.

Typowy fortepian Steinwaya składa się z około 12 tysięcy części. Jest wytwarzany ręcznie i stanowi jeden z najbardziej skomplikowanych przedmiotów, jakie stworzył człowiek. Potrzeba niemal roku, aby z kawałków drewna z rejonu północnego Pacyfiku, centralnej Ameryki Południowej, a także z Indii i Sri Lanki, z żeliwnej ramy ważącej ponad 150 kg, ze stalowych strun i drewnianych młoteczków pokrytych filcem z australijskiej wełny, zbudować instrument. Nadaje się mu wtedy numer seryjny. Kiedyś numery były nadawane kolejno. Dziś firma robi to losowo. Numer jest jak tablica rejestracyjna. Towarzyszy fortepianowi od pierwszego koncertu i to po nim pianiści rozpoznają swoje ulubione

egzemplarze. Stroicielom nie jest on w zasadzie potrzebny, bo często rozpoznają znajomy instrument już po kilku dźwiękach.
W filmie „Pianomania” poznajemy pracę stroiciela. Nie byle jakiego, bo mającego ponaddwudziestoletnie doświadczenie w Steinwayu. Stefan Knüpfer zaczynał pracę jako budowniczy fortepianów w Hamburgu. Przeszedł przez wszystkie działy firmy, gdzie uczył się, jak wyglądają kolejne etapy produkcji tego niezwykłego instrumentu. Szczególnie bliskie stało się mu udźwięcznianie i nadawanie barwy kolejnym egzemplarzom. Przez kilka lat podróżował potem po świecie, rozwiązując problemy właścicieli steinwayów, by w końcu osiąść w Wiedniu, gdzie go spotykamy.
Jego praca polega obecnie na przygotowywaniu fortepianów do koncertów. Współpracuje przy tym ze słynnymi współczesnymi pianistami – Lang Langiem, Alfredem Brendlem czy Pierre-Laurent Aimardem. Temu ostatniemu w filmie poświęca najwięcej czasu. Przez niemal rok przygotowuje on nagranie „Die Kunst der Fuge” Bacha. Panowie długo rozmawiają o pożądanych cechach brzmienia fortepianu i są to dyskusje tyleż interesujące, co kompletnie ezoteryczne. Widać, jak ubogi jest język słowa przy języku muzyki i jak trudno wyrazić to, co chciałoby się usłyszeć. W ich rozmowach padają najróżniejsze określenia odnoszące się bardziej do wyobraźni niż do świata realnego. Dźwięk może być otwarty lub zamknięty, czasem słodki, intymny, a innym razem ekspresyjny, okrągły, płaski, suchy, nasycony itp., itd. Aimard pragnie, by w jednym tylko Bachowskim dziele instrument ukazał cztery różne oblicza, które w jego przekonaniu mogą korelować z zamysłem kompozytora.
Jak wiadomo, „Die Kunst der Fuge” nie została przeznaczona na jakiś konkretny instrument lub zestaw instrumentów, więc pozostają nam dziś jedynie domysły lub własne koncepcje wykonania tego niezwykłego cyklu. Aimard podzielił go na cztery części, w których fortepian ma zabrzmieć jak klawesyn, potem jak klawikord, następnie imitować organy, a na koniec – zespół kameralistów. Patrzymy na Knüpfera, który wszystkich tych pomysłów słucha bez mrugnięcia okiem, jakby z góry wiedział, co trzeba zrobić. Potem widzimy go w wiedeńskim muzeum instrumentów muzycznych, gdzie przysłuchuje się dwóm zabytkowym instrumentom. Ma to pomóc w jak najwierniejszym odtworzeniu ich brzmienia na współczesnym fortepianie.

94-95 10 2010 02     94-95 10 2010 05

Powoli zaczynamy rozumieć, czym jest praca stroiciela i jak wiele jest w niej ze sztuki. Wizyta w jego warsztacie ujawnia natomiast metody tej pracy. Uwalnianie dźwięku z nowych strun odbywa się przy pomocy niezwykłego narzędzia będącego połączeniem elektrycznej wyrzynarki z piłeczką tenisową. Narzędzie cokolwiek dziwne, za to efekt – wspaniały. Zawód stroiciela wymaga ogromnej kreatywności i wyobraźni. Wszystkie poetyckie określenia czy nawet gesty opisujące pożądany dźwięk musi on przenieść na fizyczną materię. Jedno przekręcenie klucza albo kawałek filcu wsunięty we właściwe miejsce zmienia brzmienie w sposób niemal magiczny. To trochę jak w anegdocie, którą opowiada Knüpfer o pewnym japońskim techniku. Przysłuchiwał się on nagraniom, a potem, oglądając fortepian, znalazł w nim nieco kurzu. Przyszedł do stroiciela robiąc wielkie oczy i pokazał mu swoje znalezisko. Na pytanie, gdzie to znalazł, odpowiedział, że w płycie rezonansowej. Knüpfer z poważną miną miał odpowiedzieć: „Natychmiast odłóż to na miejsce, przecież nawet kurz wpływa na jakość dźwięku!”.
Poczucie humoru to także niezbędny element w tym zawodzie i w pracy z ludźmi. Codziennie słucha się niezadowolonych pianistów, którzy potrafią zmieniać zdanie pięć razy na godzinę lub żądać rzeczy niemożliwych. W ich głowie dźwięk ma wciąż tę samą barwę, ale osiągnięcie jej na różnych instrumentach, w różnych salach, przy różnej temperaturze czy wilgotności jest trudne.
Zdarzają się w pracy stroiciela prawdziwe katastrofy. Jedną z nich obserwujemy w „Pianomanii”. Nowe młoteczki dostarczone przez producenta okazują się za cienkie o około 0,7 mm. W dodatku drugi koncertowy fortepian został właśnie sprzedany do Australii, co sprawia, że wiedeński Konzerthaus pozostał bez sprawnego instrumentu. Na szczęście nowa paczka z młoteczkami przyjeżdża ekspresowo, ale przez chwilę z ekranu wieje grozą. Jeśli zastanawiali się Państwo, jaki może być najkoszmarniejszy sen stroiciela, to w tym filmie dowiadujemy się także i tego. Strojąc najgrubsze struny basowe, Knüpfer zdradza, że czasami śni mu się moment, kiedy któraś z nich pęka i z potężną siłą uderza prosto w niego.
Gdy długie przygotowania do nagrania Aimarda dobiegają końca, do pracy wkracza ekipa dźwiękowców. Jeszcze tylko małe zamieszanie z wyborem instrumentu i nieudany eksperyment z tajemniczymi reflektorami akustycznymi i można zaczynać. Tutaj widzimy Knüpfera w kilku rolach na raz. Nie tylko dogląda sprawności instrumentu, ale także przynosi dźwiękowcom kawę i ciasto od żony, biega po schodach w górę i w dół niczym chłopiec na posyłki, a w reżyserce zawsze siedzi z boku. Nigdy nie narzeka. Pozostaje czujny, profesjonalny, a zarazem skromny. Zawsze wierny swojemu powołaniu.
„Pianomania” to filmowy portret niezwykłego człowieka, ale też hołd dla bardzo niedocenianego zawodu. Gdy zapalają się reflektory, gdy sala koncertowa zapełnia się publicznością, stroiciel schodzi ze sceny i obserwuje wszystko zza kulis. Jego bezbłędne ucho wychwytuje najmniejszy problem z mechaniką instrumentu. Można się domyślić, że w duszy nie raz myśli zupełnie inaczej o wykonywanej muzyce niż oklaskiwany artysta. Nigdy jednak nie wchodzi w dyskusję. Tylko słucha, a potem wyciąga swój neseser i po chwili dźwięk instrumentu jest taki, o jaki chodziło artyście. Największą pochwałą dla stroiciela jest jedno zdanie, które gdzieś pod koniec filmu pada z ust Aimarda: „Stefan, o takim dźwięku marzyłem!”. I to wystarczy.
„Pianomania” to także film o fortepianach. O tym, jak trudne są to instrumenty; jak kapryśne i skomplikowane. A przecież nawet najgenialniejszy pianista nie da dobrego koncertu, jeśli w miejscu, do którego przyjedzie, zastanie zły instrument. Według Knüpfera 95% koncertowych fortepianów ma jakieś problemy, które słychać, a mimo to pozostają na estradach i się na nich gra. Nic dziwnego, że słuchając nagrań lub transmisji radiowych stroiciel tak często z niesmakiem je wyłącza. Przecież dobra muzyka zasługuje na idealne brzmienie.

Polska premiera „Pianomanii” już 15 października.

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF