Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Wyznania anachrofila - Audiophilia nervosa

Audiofilski obłęd lub audioholizm jest stanem umysłu będącym wynikiem niekończących się poszukiwań. Chodzi o to, by złożyć system zdolny do emitowania perfekcyjnego dźwięku.

Proces poszukiwania często polega na nabywaniu nowych komponentów stereo: gramofonów, odtwarzaczy CD, wzmacniaczy, głośników oraz okablowania. Choć celem jest uzyskanie jak największej przyjemności ze słuchania, większość ludzi zainfekowanych tą neurozą jest skupiona na elektronice, akustyce i dźwiękach. Muzyka nie jest dla audioholika najważniejsza. O ile można być jednocześnie melomanem i audiofilem, dla większości ekstremalnych audioholików interpretacja, wykonanie, styl czy tempo utworu muzycznego nie są priorytetem. Ważniejsze są: jakość nagrania, rodzaj zastosowanych mikrofonów, ich konfiguracja i odległość od instrumentu, miksowanie czy postprodukcja.


Znam melomanów, którzy posiadają skromny system stereo i tysiące płyt, zarówno cyfrowych, jak i winylowych. Znam audiofilów, którzy mają skromną kolekcję płyt i bardzo kosztowny sprzęt do jej odtwarzania. Znam audioholików, którzy mają bardzo kosztowny sprzęt połączony wyszukanymi kablami i tylko kilka płyt, które puszczają wielokrotnie, wsłuchując się w dźwiękowe niuanse. Mają nadzieję, że nowe, droższe kable zbliżą ich do nirwany. Nie jest czymś niezwykłym, że cena high-endowego systemu domowego staje się porównywalna do ceny nowego samochodu. Dla wyrafinowanego audioholika to chleb powszedni. Wszyscy przecież wiedzą, że perfekcja jest kosztowna.

Jakkolwiek ekstremalne formy audioholizmu mogą być patologiczne i toksyczne dla rodziny oraz przyjaciół, mam w sobie dużą dawkę sympatii dla wszystkich, którzy dążą do perfekcji, mimo że jest nieosiągalna. Bez względu na to, jak wspaniały będzie tembr głosu mezzosopranistki śpiewającej „Lascia la spina” z oratorium Haendla „Il Trionfo del Tempo e del Disinganno” („Triumf Czasu i Prawdy”), zawsze można go sobie wyobrazić bardziej aksamitnym. Do absolutu przecież jedynie się aspiruje i o nim marzy.

Audioholizm jest napędzany dążeniem do perfekcji, gdyż to, co jest, aczkolwiek jest super, zawsze można ulepszyć, zmieniając na przykład triodę 2A3 ze współczesnej produkcji na NOS z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Wtedy przecież producent lamp nie oszczędzał na metalu użytym do wytworzenia katod i anod. Kiedy więc uda się wyszukać Western Electric 2A3, zapanuje błogostan, który usprawiedliwi miesiące poszukiwań, że nie wspomnę o emocjonalnej nieobecności dla bliskich w tym czasie. Po upolowaniu wymarzonej lampy okazuje się zazwyczaj, że od prawdziwego szczęścia dzieli teraz jedynie malutki kondensator sygnałowy, umieszczony w krytycznym punkcie toru sygnałowego wzmacniacza. Mamy więc poważny dylemat, rangi „być albo nie być”, czy wlutować srebrne Mundorfy (piękna aparycja, przekonujący środek pasma, ale zbyt chłodne wysokie tony), czy też nowe miedziane kondensatory Audio Note (bogate tonalnie, z dźwięczną górą, ale rozgrzane, po wielu godzinach odsłuchów, mogą wypuszczać olej ze swojego wnętrza). Aż strach się bać. Codzienność audioholika wypełnia niekończące się pasmo wyborów i powiązanych z sobą dylematów. Jest ich tak wiele, że nie sposób je wszystkie wymienić.

Kusząc się o uogólnienie: audioholik poszukuje absolutu, słuchając jednego lub kilku utworów na sprzęcie, który ulega ciągłym mutacjom technicznym. Meloman poszukuje perfekcji, zmieniając interpretacje i wykonawców. Porównuje różne wykonania na jednym, stałym systemie. Potrzeba poszukiwania nowych nagrań po latach przeobraża się często w imponującą kolekcję płyt.

Mam dwa nagrania „Wariacji Goldbergowskich” Bacha w wykonaniu Glenna Goulda. Pierwsze (mono) z roku 1955, zagrane przez 23-letniego muzyka. Drugie (stereo), z 1981, zarejestrowane krótko przed jego śmiercią. Porównanie ich daje fascynujący obraz dojrzewania muzyka. Nagrania dzieli 26 lat. Zostawiam ciekawym przywilej własnych obserwacji: czy ćwierć wieku to krótko czy długo? Niezmienna w czasie pozostaje partytura Bacha. Jego muzyka ulega przeobrażeniom, więc żyje.
Konkludując: bez względu na to, czy szukamy perfekcji w muzyce, czy w jej dźwiękach, pogoń za króliczkiem jest często najważniejsza. Złudne uczucie osiągnięcia stanu perfekcji jest możliwe tylko przez chwilę. I tylko po to, by odpocząć przed podjęciem nowej gonitwy.

Autor: Danek Elbaum
Źródło: MHF 04/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF