Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Audiofilski meloman czy melomański audiofil?

Od wczesnego dzieciństwa wydawało mi się, że znalezienie słów, które opiszą to, co widzę czy czuję, uczyni mnie mądrym i silnym. Problem zostanie rozwiązany i zaświeci słońce w mojej duszy i głowie. Wszystkie lęki, niejasności i niepewność znikną jak ręką odjął. Jednym słowem: puff… i nie ma. Po latach wiem, jak wiele w tym było życzeniowego myślenia.

Nie mam pojęcia, gdzie się zaczyna muzyka, a kończy dźwięk. Nie wiem, czym się różni dobra muzyka klasyczna od dobrego jazzu. Wiem jedynie, co lubię i co mnie wzrusza, a co jest mi obojętne czy nawet odpychające. Zabawnym może być uzmysłowienie sobie, że definicje terminów, klasyfikacje historyczne, podziały formalne, Bachowski system tonalny i zmiany wprowadzone przez muzykę Beethovena, Chopina i innych romantyków, wzięte razem lub osobno, niewiele zmieniają. Muzyka może i powinna sponiewierać zarówno słuchacza, który niewiele wie, czym się formalnie różni wertykalna harmonia od horyzontalnej melodii, jak i wykształciucha. Nie jest moją intencją dewaluować analizy muzykologów lub być antyintelektualnym. Twierdzę jedynie, że muzyka potrafi sobie świetnie radzić bez powyższych dywagacji.


Tak jak dzieci są, z definicji, infantylne, nie zdając sobie sprawy, co oznacza ten termin, tak można, nie mając pojęcia, czym się różni polifonia od harmonii, czerpać ocean wzruszeń i uniesień ze słuchania muzyki. Zgadzam się ze Stefanem Riegerem, który twierdzi, że „zasadą muzyki była interakcja, jej celem – scementowanie ludzkich wspólnot. Łączenie, nie dzielenie” („Tygodnik Powszechny nr 1 (2791)”, 5 stycznia 2003). W tym samym tekście autor cytuje Izabellę Peretz: „gdy śpiewamy razem, to nie po to, by się wyróżniać, lecz aby się złączyć (…) Gdy przemawiamy do niemowląt i małych dzieci, czynimy to najczęściej w sposób melodyjny, by z nimi się połączyć. Każde pokolenie nastolatków ma swoją muzykę, która tworzy iluzję jedności. Nie ma ceremonii religijnych bez muzyki albo śpiewu”. Nie sposób kontestować powyższe obserwacje. Nie uświadamiałem sobie, jak uniwersalnym przekazem jest muzyka.
Od lat fascynowało mnie, jakie mechanizmy są odpowiedzialne za kulturową uniwersalność muzyki. Anthony Brandt, Molly Gebrian i Robert Slevc („Frontiers in Psychology”, 1-17, 3, 2012) przyszli z odsieczą. W swoim artykule stawiają tezę, że muzyka zasługuje na centralne miejsce w zrozumieniu rozwoju człowieka. Argumentują, że to nie język ma uprzywilejowane miejsce w mózgu noworodka, lecz raczej muzyka. Muzyka umożliwia uczenie się matczynego języka. Bez możliwości muzycznego słyszenia nie jesteśmy w stanie nauczyć się mówić. Noworodki są bardzo wrażliwe na tembr głosu, rytm i melodię wypowiadanych do nich słów. Dzięki muzycznej wrażliwości są w stanie połączyć dźwięki z ich znaczeniem. Noworodki uczą się muzycznych informacji zarówno z samej mowy, jak i bezpośrednio z piosenek (kołysanek), które słyszą. Autorzy konkludują, że język jest, z punktu widzenia dziecka, „podzbiorem” muzyki. Ważnym jest jednak uświadomienie sobie, że uniwersalizm muzyki ma istotne ograniczenia w porównaniu z możliwościami, jakie oferuje język. Jak w świecie muzyki przekazać czas przyszły bez słów i składni? A może słuchając muzyki, możemy doświadczyć, jak brzmiał język, zanim go zrozumieliśmy?
W fascynującej książce Stefana Riegera „Glen Gould czyli sztuka fugi” autor pisze o śnie swojego przyjaciela: „Szedł ulicą w Amsterdamie: po obu jej stronach, za szybami swoich atelier, siedzieli bardzo starzy Żydzi z długimi brodami i, pochyleni nad czarnymi krążkami, coś w nich mozolnie rzeźbili maleńkimi rylcami. Tajemnica wkrótce się wyjaśniła; byli to wielcy wirtuozi – skrzypkowie, pianiści, którzy doszli do takiej doskonałości, że żaden instrument już nie był w stanie zadowolić ich wymagań; opór bezwładnej materii stawał się przeszkodą w dążeniu do ideału. Postanowili zrezygnować z jakiegokolwiek pośrednictwa w przekazywaniu swego kunsztu, wszelka mediacja jest bowiem równoznaczna ze stratą: rzeźbili muzykę, żłobiąc rowki w płytach…”
Konkludując uważam, że każdy z nas ma zarówno swoją wewnętrzną muzykę, jak i receptory czułe na muzykę, która do nas dociera. Intelektualne polemiki na temat muzyki proponuję zastąpić jej słuchaniem.

Autor: Danek Elbaum
Źródło: MHF 1/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF