Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulylista3

 

Jak jeden dzień…

maj okładkaDwadzieścia lat temu, pod koniec  maja, do kiosków trafił pierwszy numer „Hi-Fi i Muzyki”. Czarno-biały magazyn był wówczas dwumiesięcznikiem, wydawanym na papierze offsetowym i wyglądał, nawet jak na tamte czasy, skromnie.



Rynek dopiero się budził, ale za to z fasonem. Wygłodniali Polacy poznawali świat hi-fi. Dowiadywali się, że istnieje coś lepszego, niż dotąd widzieli na półkach Peweksu. Katalogi firm audiofilskich wyglądały całkiem inaczej. Królował sprzęt w rozsądnych cenach, a producenci (także koncerny) prześcigali się w oferowaniu wzmacniaczy,   odtwarzaczy   i    kolumn„dla Kowalskiego”.

Czytaj więcej...

Jak oni grają

guitars-114491 1280Z zasady nie oglądam programów telewizyjnych w rodzaju „Jak oni śpiewają”, tańczą czy też: „Mam talent”. Nie dlatego, że zakładam a priori ich beznadziejność czy amatorkę. Po prostu mnie nudzą.

W kwestii wspomnianej amatorki nie ma się co napinać ani kreować na znawcę. Przeważnie programy są zrealizowane porządnie i na tle swoich zagranicznych odpowiedników wypadają dobrze. Uczestnicy też są różni, zgodnie z zasadą: „dla każdego coś miłego”. Jeden lubi się pośmiać, drugi wzruszyć, trzeci po prostu posłuchać muzyki, bo ta jest traktowana w TV jak zło konieczne.

Czytaj więcej...

Panie, nie da się

fachuraZebrało mi się na wspomnienia. Parę lat temu, gdy dom, w którym obecnie mieszkamy, był na etapie wykańczania, postanowiłem zlecić wykonanie osobnej linii elektrycznej od tablicy bezpiecznikowej. Linia ta miała oczywiście służyć do zasilania systemu hi-fi. Dodatkowy bezpiecznik i kilka metrów ekranowanego przewodu, dzięki którym można się pozbyć wpływu czajników elektrycznych i pralek na delikatny sprzęt grający. Gdy przedstawiłem moją propozycję elektrykowi, wykonującemu całą instalację, popatrzył na mój rysunek, następnie mi głęboko w oczy i powiedział: „Panie, to się nie da”. Jednak się uparłem. W końcu dom buduje się raz, może dwa razy w życiu. Z tym, co teraz powstanie, zostanę raczej na długo. Elektryk jęczał, wzdychał, kręcił głową. W końcu, po paru dniach boheterskiego oporu, przyznał, że się da, po czym jednak westchnął rozpaczliwie i wysunął ostatni argument: „Ale panie, po co to?”.

 

Czytaj więcej...

Dał nam przykład Alchemik

Alchemical Laboratory - Project Gutenberg eText 14218W Europie ten interes rozpoczął chyba Alchemist – w czasach, kiedy Chiny jeszcze nie istniały, przynajmniej z audiofilskiego punktu widzenia. Zerwał z obudowami pokrytymi zwykłym lakierem młotkowym…

Wróć, akurat Alchemist miał skłonność do wyczynowego wzornictwa już wcześniej, bo lakier młotkowy był zielony, co wyglądało całkiem odjazdowo; coś jak opancerzona żaba. Tak czy inaczej, któregoś pięknego dnia firma wprowadziła złote wstawki na chromowanych obudowach, co wprawiło recenzentów i klientelę w osłupienie. Nic tak wcześniej nie wyglądało.

Czytaj więcej...

Rozstania i powroty

TechnicssmallDobrych kilka lat temu dowiedziałem się, że Panasonic „zawiesza” Technicsa. W praktyce oznaczało to, że marka znika z rynku, bo w dobie kina domowego marka Panasonic jest bardziej rozpoznawalna. Wiadomo – telewizory. To do nich dokupuje się resztę. Technics „reszty” nie robił. Kojarzył się z magnetofonami, wzmacniaczami, gramofonami, a więc wszystkim, co uznano za żywą skamielinę, czyli ze stereo.

Rozumiem, że koncerny kierują się chęcią zysku. „Psychoza słupków” zakłada, że firma musi się rozwijać za wszelką cenę. Budować kolejne fabryki w Chinach (za kilkanaście lat w Afryce) i sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać… Miliony, dziesiątki milionów.

Czytaj więcej...

Nadal dzida, czyli miód i ocet

dzidaJakieś 20 lat temu, idąc przez wieś na Podlasiu, obserwowałem scenkę, kiedy to niewielka, ale dzielna kobietka parła z zaciętą miną do przodu, prowadząc za rękę dziecko, a na wirtualnym holu orbitował jej partner, kolebiący się od chodnika do rynsztoka, najwyraźniej rozkosznie znieczulony.

Podobne sceny są właściwe zwłaszcza dla terenów, gdzie upadek imperium pozostawił mężczyzn w stanie pewnej płynności, zrzucając na barki kobiet troskę o rzeczywistość. Nakłada się na to, do pewnego stopnia, tradycja wojownika, który po zabiciu wroga i wyssaniu jego szpiku powinien uwalić się pod baobabem, pociągając sfermentowaną pulpę z manioku i patrzeć, jak jego kobiety uprawiają pole. Gdy kwestia szpiku z biegiem lat i postępu stawała się nieaktualna, zawsze pozostawał jeszcze zacier w tykwie. Jego pocieszająca rola była istotna, gdy okazywało się, że nie można zabić i zjeść wszystkiego, a życie nie jest proste jak rzut dzidą.

Czytaj więcej...