|
|
| |
Artykuły
|
|
| |
Herbatka w Mińsku Numer: 141
Życie muzyka w kraju kreowanym przez media na ostatni bastion zamordyzmu w Europie wydaje się smutne i znojne. O białoruskim jazzie, publiczności i mediach z Igorem Sacewiczem, liderem zespołu Apple Tea, rozmawia Mirosław Szymański.
M.S.: Jesteśmy przyzwyczajeni do słuchania o tym, że na Białorusi źle się dzieje.
I.S.: Wszystkiemu winne polityka i media. W dużej mierze fałszują obraz rzeczywistości i pogarszają relacje międzynarodowe. Natomiast w kontaktach międzyludzkich, niekoniecznie na najwyższym szczeblu, sytuacja wygląda inaczej. Spotykamy się z zagranicznymi artystami, przyjaźnimy i odwiedzamy. Wspólnie gramy. Muzykom łatwiej, bo posługują się uniwersalnym językiem. Polityka mu się nie oprze.
Jeżeli naszych polityków nie wpuszczają na Zachód, to pewnie sobie na to zasłużyli. Chyba na całym świecie polityce towarzyszą negatywne emocje i położenie geograficzne nie ma tu znaczenia. Białoruś nie jest gorszą częścią Europy tylko dlatego, że tak się mówi w telewizji. Jak wszędzie, stare miesza się z nowym. Może z tą różnicą, że starego póki co u nas więcej. Nasz kraj jest jak jedno ze skrzyżowań w Brześciu, gdzie przecinają się ulice Lenina i Mickiewicza. Chyba tylko u nas to jeszcze możliwe.
Wasza pierwsza płyta to ?Warsaw ZOO?.
Parę lat temu mieszkaliśmy i pracowaliśmy w Warszawie. Rozpoczęliśmy współpracę z Polsatem. Nagrywaliśmy program rozrywkowy. Niestety, zrealizowano tylko pilot, a projekt nie wypalił. Po pewnym czasie skończyły się pieniądze i był to koniec naszej polskiej przygody. Żal było wyjeżdżać.
Właśnie wtedy powstała muzyka z tego albumu. A warszawskie ZOO? To piękne miejsce; odwiedzaliśmy je często. Nasz saksofonista, Andriej Matlin, nagrywał partie do tej płyty w USA. Otrzymując kolejne partie materiału pytał:
?Co oni w tej Polsce robią tym zwierzętom, że ta muzyka taka smutna??
Obchodzicie piętnastolecie wspólnego grania. Skąd nazwa?
Moja była żona zrobiła mi kiedyś ?herbatę?. To były kawałki świeżego jabłka zalane wrzątkiem. Nie odważyłem się tego wypić, ale Apple Tea utkwiła mi w pamięci jako synonim oryginalności. Tak też nazwaliśmy naszą pierwszą kasetę demo. Graliśmy wtedy, pracując na etatach w państwowej orkiestrze estradowej. W jej obrębie tworzyliśmy skład, że się tak wyrażę, kameralny...
Państwowy jazzband?
Można tak powiedzieć. Oficjalnie nazywaliśmy się: Zespół Solistów Państwowej Orkiestry Estradowej i Symfonicznej pod dyrekcją Igora Sacewicza. Wyjeżdżaliśmy na festiwal i wydawało nam się, że niepodobna nazywać się tak długo i oficjalnie. Stanęło na Apple Tea. Od lat nie zmienia się moje ?kierownictwo?. Do dziś na perkusji gra Aleksander Sapieha, którego od pobytu w Polsce nazywamy ?Kniaź?. Wszyscy mamy muzyczne wykształcenie. Niektórzy akademickie. Mińskie konserwatorium słynie z wysokiego poziomu. Jesteśmy zespołem jazzowym, ale funkcjonujemy też jako skład ?coverowy?.
Ze względu na pieniądze?
Niestety. Trudno wyżyć z jazzu. Staramy się jednak, aby ta mniej ambitna strona działalności była w miarę przyjemna. Gramy ?ładne? piosenki.
Zarobione w ten sposób pieniądze dają nam niezbędny margines wolności na co dzień.
Macie opory?
Czasem. Ale wszystkiego nie gramy. W Polsce też jest z pewnością repertuar, którego żaden szanujący się zespół nie zagra. U nas jest to tak zwany: ?ruski chanson?. Nazwa pochodzi z lat 90, kiedy restauracje były opanowane przez gangsterów. Grało się ich muzykę i nikt nawet nie pomyślał, żeby odmówić. Piosenki o wolności, przewrotności kobiet, w stylu ?tuliła mnie krata?, więzienno-bandyckie disco. Teraz nie ma już tego problemu, bo Łukaszenko z bandytami rozprawił się skutecznie. A muzycy mogą patrzeć w lustro każdego ranka.
Prezydent przysłużył się muzyce?!
Nasz prezydent nie jest powodem do dumy. Jak sądzę, on w ogóle nie zna słowa ?jazz?. Daleko mu do muzycznych uniesień. Chociaż olbrzymią popularnością cieszy się film z Łukaszenką, śpiewającym i grającym na akordeonie. Wyśmienita zabawa. Robi to tak, że nie znalazłby miejsca w żadnym zespole na świecie.
To dla nas w ogóle tajemnicza postać. Wiadomo, że jest prezydentem i to właściwie wszystko.
Jesteście prekursorami jazzowego grania na Białorusi. W waszej muzyce słychać elementy jazz-rocka doprawione nowoczesną elektroniką. Zauważa się fascynację zarówno brzmieniem Chicka Corei czy Brecker Brothers, jak i białoruskim folklorem.
Nie mamy u siebie tradycji jazzowych. W moim przypadku zaczęło się od muzyki amerykańskiej i... polskiej. Od zawsze spędzałem wakacje 10 km od granicy. Zabierałem ze sobą magnetofon, na który dzień i noc nagrywałem jazzowe audycje, nadawane w polskim radiu, między innymi ukochane ?Trzy kwadranse jazzu? w Trójce.
Radio białoruskie nie gra jazzu. Niedawno młoda dziennikarka powiedziała mi, jak bardzo trudno przemycić w rozgłośni cokolwiek. Udaje się to wtedy, gdy szef jest na urlopie. To kompozytor, człowiek ograniczony i szkodliwy. Słowo ?jazz? działa na niego jak płachta na byka. Usunął z anteny wszystkie audycje, które miały szanse emitować inną muzykę niż skomponowaną przez niego. Istnieje u nas przepis, że muzyka nadawana przez radio musi być w 75 % białoruska.
Ten przepis powoduje zapewne, że muzykom dobrze się żyje z tantiem?
Zapis o procentowym udziale muzyki białoruskiej w mediach przyczynia się do promowania naszej kultury. Patrząc z tej strony, jest pożyteczny. Co do tantiem... Jestem autorem muzyki do prognozy pogody w pierwszym kanale białoruskiej telewizji. Można ją usłyszeć kilkanaście razy dziennie, ale w żaden sposób nie przekłada się to na gratyfikacje.
Prawo autorskie jest u nas na poziomie z epoki kamienia łupanego. Nie może być inaczej, skoro sam Prezydent mówi: ?Jakie prawa? Niech się cieszą, że w ogóle ich puszczamy?.
Mieliśmy wielkie szczęście, że pomaga nam Iwan Szumski. Ten biznesmen i mecenas sztuki wspiera muzyków, wydaje albumy zdolnym plastykom i fotografom. Utrzymuje także dwa domy dziecka. Człowiek o wielkim sercu i pięknej duszy. Dobrodziej, to najlepsze słowo.
Audiofil?
Trafiłeś! Staramy się, żeby każda nasza kolejna płyta brzmiała lepiej. Przywiązujemy dużą wagę do jakości. Iwan Szumski pomaga artystom bezinteresownie, ale chcemy mu dać wiele radości, doskonaląc brzmienie, wiedząc, że słucha muzyki na sprzęcie kosztującym fortunę.
Odtwarzanie muzyki na sprzęcie wysokiej jakości to drogie hobby. Jaki jest rynek hi-fi na Białorusi.
Na Białorusi nie brakuje ludzi bardzo zamożnych. Rynek oferuje póki co niewiele. W Mińsku znam jeden sklep, który może sprowadzić na zamówienie doskonałe urządzenia. Zainteresowanie z pewnością rośnie. Z tego, co wiem, podobnie wygląda sytuacja w wielu krajach dawnego ZSRR. Aż dziw, że polscy eksporterzy tak rzadko zaglądają w te strony.
Nie stronicie od eksperymentów. Jakie macie możliwości odkrywania nowych dróg w muzyce?
W dużej mierze wypracowaliśmy już własny styl i brzmienie; w końcu gramy razem piętnaście lat.
W zasadzie nie istnieje u nas problem pieniędzy, które trzeba wyłożyć na ciekawe projekty. Graliśmy na przykład w Filharmonii Państwowej, zaproszeni przez dyrygenta Aleksandra Anisimowa. W pierwszą część koncertu wypełnił nasz jazz; drugą ? IX symfonia Beethovena. Następny koncert zagramy razem.
W orkiestrze państwowej istnieje tradycja organizowania benefisów członkom zespołu. Niedawno odbył się mój, podczas którego grano moje kompozycje w aranżacjach na orkiestrę symfoniczną. Funkcjonujemy jak w komunistycznym rezerwacie, który miewa przyjemne strony. Nikt nie pyta, ile kosztuje uroczystość poświęcona koledze artyście.
Okładki płyt Apple Tea są ciekawe. Podobno to zasługa Władimira Ceslera ?
Władimir Cesler to mój przyjaciel. Tworzył niespotykany tandem z Siergiejem Wojczenko. Niestety, Wojczenko zmarł (w grudniu 2004, przyp. red.), ale wspólne prace są wystawiane w galeriach na całym świecie. Zaprojektował okładkę do naszej ostatniej płyty. Minimalizm w czystej formie. Tytuł ?V?, zasugerował właśnie on, by zbyt długi ciąg słów nie zakłócał wizji projektu.
Jak publiczność odbiera waszą muzykę?
Białoruska publiczność jazzowa jest podobna do polskiej. Reaguje często w sposób niespotykany na tego typu koncertach. Okazuje szacunek wykonawcom długimi, spontanicznymi owacjami na stojąco. Polska publiczność przyjęła Apple Tea ciepło. Niedawno graliśmy na festiwalu w Białej Podlaskiej i było fantastycznie. Parę lat temu po koncercie naszego zespołu w Hybrydach, w ramach Jazz Jambore, ludzie skandowali po rosyjsku: ?maładcy, maładcy?. To bardzo miłe.
Ale nie zawsze tak jest. Kiedy graliśmy na weselu córki białoruskiego premiera, nie podano nam przez cały wieczór nawet szklanki wody. Potem żartowaliśmy, że jeżeli premier nie potrafi utrzymać porządku na weselu, to jak ma to zrobić w kraju?
Obraz życia na Białorusi kształtują media. Jest zafałszowany?
W dużej mierze tak. Nie jest u nas tak źle, jak by się wam wydawało. Ale w białoruskich mediach też nie mówi się o Polsce najlepiej. Jednak wszystkich na głowę biją ?Nowosti? w pierwszym kanale telewizji rosyjskiej. Znany dowcip opowiada o tym, że w czasie emisji tego programu Goebbels przewraca się z zazdrości w grobie. To chyba dobry przykład, bo podobno mawiał: ?Gdy usłyszę słowo , moja ręka mimowolnie zbliża się do pistoletu.?.
Jaki jest białoruski jazz?
Białoruska scena jazzowa wygląda ?i śmieszno, i straszno?. Raz do roku odbywa się impreza, której głównym wydarzeniem jest koncert państwowego zespołu estradowego ? tego samego, w którym pracowaliśmy. Poza nim występuje dwóch gości, zespoły z Litwy albo Ukrainy. Kiedyś jedna z ukraińskich gazet napisała, że najważniejszą cechą tego festiwalu jest, że odbywa się w klubie KGB im. Feliksa Dzierżyńskiego. Dlatego oficjalnie i bez strachu można go nazywać jazzowym.
Publiczność dopisuje, bilety są za pół darmo, w dużej części dotowane przez państwo. Cała nadzieja w młodych muzykach, próbujących grać jazz. Wyjeżdżają po naukę za granicę. U was też pewnie lada chwila się pojawią. Póki co muzyków jazzowych jest niewielu. Wydajemy jednak gazetę ?Jazz Kwadrat?, sprzedawaną na Ukrainie, w Rosji i na Litwie.
Zainteresowanie jazzem jest trochę ?dzikie?. Doskonale sprzedają się bilety na koncerty zespołów zagranicznych, ale w składzie musi być przynajmniej jeden Murzyn. Wtedy impreza nabiera rangi międzynarodowej. Wy chyba też macie podobne problemy w bezkrytycznym przyjmowaniu tego, co amerykańskie? To, że scena jazzowa na Białorusi jest uboga, to tylko wina ludzi, którzy nie starają się jej uczynić ciekawszą. Nie państwa i prezydenta, tylko ludzi odpowiedzialnych za kulturę. Zmienimy to.
Powodzenia. Dziękuję za rozmowę.
Mirosław Szymański
|
|
|
| |
|
|
|
|